Bada boom cz. 1

W tej historii zapraszam Cię do podróży w świat dwojga ludzi, którzy spotkali się mało fortunnych okolicznościach 🙂


Rozdział 1

Jechała do domu, myśląc tylko o tym, by być już w jego ciepłych ścianach. Dotrzeć, przygotować gorącą kąpiel i przy uspakajającej muzyce zanurzyć się w pianie, wypełniającej przestrzeń wanny. Zanurzyć się w gorących, pstrykających bąbelkach, przymknąć oczy i napawać się tą odrobiną luksusu, zatrzymaniem się czasu. Tylko jej czasu.

Pogoda sprzysięgła się przeciwko jej planom, uniemożliwiając pośpiech. Deszcz siekł w szyby jak szalony, przez co wycieraczki ledwie nadążały ze zbieraniem wściekłych pacnięć rozpędzonej wody.
Nie płakała, bo płacz uważała za słabość. Ułomność nie przynoszącą ulgi, a jedynie niepotrzebne osłabienie.

– Pieprzony dupek! – warczała pod nosem, pęczniejąc od złości. – Tak mnie potraktować!

Zaciskała palce na kierownicy tak mocno, że aż zbielały jej knykcie.

– Może to i nie była miłość aż po grób, ale nie oznajmia się tego w tak licznym towarzystwie. I to w tak ordynarny sposób. To nieludzkie! – Uderzyła w kierownicę, czując dzięki temu odrobinę ulgi.

Knajpa pełna ludzi, urodziny Elwiry w niej i zbyt wiele alkoholu.
Donia tego dnia przyjechała późno, gdy impreza trwała już w najlepsze. Szefowa wymogła na niej dłuższe pozostanie w firmie i dokończenie projektu przed weekendem. Gdy w końcu grubo spóźniona wpadła do lokalu, zastała Karola w stanie co najmniej podchmielonym, z Elwirą, owiniętą ramionami wokół jego szyi. Śmiała się perliście, odchylając głowę do tyłu, dzięki czemu tembr jej śmiechu nabierał gardłowego pogłosu. Oczywiście siedziała mu na kolanach, a Karol nie próbował nawet odtrącić damskiej nachalności, lecz radośnie ją przyjmował i mało dyskretnie badał dłońmi.

Aldonę wmurowało i zamarła zszokowana. Stała wpatrzona, a cały świat zawalił się, niczym domek z kart. Wszystkie plany, jakie poczynili razem na najbliższe miesiące, wzięły właśnie w łeb. Właściwie to ona planowała, a Marcel uprzejmie milczał, przyjmując jej słowa bez oporów.

Można wiele wybaczyć, lecz tak jawnej zniewagi, w dodatku przy wszystkich jej znajomych, nie potrafiła przełknąć.
Kolejną sprawą były, jak to nazywały bardziej postępowe koleżanki, jej staroświeckie zasady. Związek musiał się opierać na partnerstwie, zaufaniu i bezwzględnej wierności. Zdrada była dla Donaty początkiem końca i taki właśnie początek miała przed oczami.

Karol to wiedział i w momencie, gdy dostrzegł Donię, po jego twarzy przetoczyła się cała gama sprzecznych uczuć. Pełne złości skrzywienie było świadectwem zdania sobie sprawy z własnej niewierności. Zaciśnięcie ust, obroną własnego JA, przed poczuciem winy. Odrobina żalu błysnęła w podpitych oczach, a w końcu wyraz twarzy oznaczał wstrętny triumf.
Oto wyszła prawda na jaw i poczuł zdaje się dzięki temu ulgę, bo i to Donata zobaczyła w rozluźniających się mięśniach twarzy.

Pracoholiczka do nas dotarła! – zawołał, przekrzykując gwar, ostentacyjnie kładąc zaborczo dłoń na kolanie Elwiry. – Co, szefowa pozwoliła ci się zabawić, czy może zadzwonisz do niej z pytaniem o zgodę na wypicie piwa?

Był pijany i mrużył oczy, jakby alkohol spowodował problem z wyostrzeniem widzenia.

Donia idzie pewnie jutro do pracy i będzie musiała poświęcić sobotę na nadgonienie obowiązków – drwił z niej, mówiąc do skupionych na całej sytuacji znajomych obojga. – Czego nie skończy do północy w sobotę, zrobi w niedzielę zamiast obiadu! Donia nie potrzebuje do życia niczego, poza pracą, bo i facet jest jej zbędny. Może tylko do przetkania… kanalizacji. – To zabrzmiało ohydnie i dwuznacznie.

Zaśmiał się szyderczo, a Elwira zawtórowała mu ulegle. Reszta znajomych obserwowała ich uważnie i wyciągała wnioski, czekając na reakcję Donaty. Pewnie oczekiwali, że pęknie i zrobił publiczną awanturę, lub chociaż wybiegnie z knajpy z płaczem.

A chuja tam! – Pomyślała zaciekle, dumnie unosząc brodę. – Niedoczekanie wszystkich z tobą Karolku na czele!

Baw się dobrze – powiedziała cicho, lecz na tyle głośno, by ją usłyszał. – I wykasuj mój numer z telefonu. Ciuchy wyślę ci kurierem.

I odwróciła się z całym spokojem, na jakiego symulowanie było ją stać. Nie da mu tej satysfakcji. Nie zobaczy jej łez. Ma ją za zimną sukę i niech tak pozostanie.

W knajpie wytrzymała prawie godzinę. Położyła prezent wśród innych nierozpakowanych pakunków i rozmawiając o pierdołach, sączyła przesłodzony sok pomarańczowy, udający kolorami i przystrojeniem szklanki, drinka. W drodze do auta zastanawiała się, czy faktycznie jest taka oziębła. Myślała o tym również, ruszając z parkingu. Omal nie przyhaczyła przy okazji innego samochodu.

Opanuj się! – warknęła do siebie. – Zimna suka przejdzie, ale głupia już nie!

Jechała powoli, wytężając zmęczony wieloma godzinami pracy wzrok, by dostrzec cokolwiek przez zalane deszczem szyby. W międzyczasie, dla zajęcia czymś umysłu, planowała, co zrobi po powrocie do domu.

Mieszkanie było wyłącznie jej i całe szczęście. Kupiła je za swoje pieniądze. Swoje i rodziców, ale było jej własnością. Karol wprowadził się po jednym ciuchu do jej szafy. Przyjęła go i stało się to jakoś tak naturalnie.

Co za skurwiel! – syknęła zawzięcie. – Nawet nie próbuj mnie przepraszać, ty wredny kutasie! – Krzyknęła w ciemną przestrzeń za szybą i zaśmiała się histerycznie.

Miała ochotę płakać, lecz nie uległa pokusie.

– Walić to! Walić Karola i Elwirę! Niech się walą po wsze czasy! Skurwiel. – ostatnie dodała już ciszej.

Nie zauważyła, że złość rozpiera jej ciało i mięśnie, a te docisnęły pedał gazu, przesuwając wskaźnik prędkości powyżej setki.
Myślała o pakowaniu ubrań Karola i kosmetyków do torby sportowej. W myślach wymieniała już zamki w drzwiach i dzwoniła w tym celu do ślusarza. Paliła w zlewie kuchennym ich zdjęcia i wrzucała do kosza pamiątki z nielicznych, wspólnych podróży.
Prała pościel i nie ze śladów seksu, bo tych akurat nie było. Ta sfera życia nie rozwinęła się w ich związku nigdy. Pakowała w końcu prezenty od Karola i trzaskała jego ulubione szklanki do piwa i kubki do kawy.
Wymaże go ze swojego życia i nie zapłacze z tego powodu.
Nie ona. Nie za nim.

Zamyślone i przemęczone oczy nie dostrzegły cofającego z parkingu przy drodze samochodu. W ostatnim momencie Donata odruchowo szarpnęła kierownicą w lewo, kierując ruch swojego pojazdu na kolizyjną trajektorię z innym, nadjeżdżającym z naprzeciwka autem.
Nie było czasu na reakcję. Sekundy i huk ścierającej się ze sobą stali, zgrzyt metalu i głuchy wybuch poduszek powietrznych. Świat zamarł i ucichł. Przeraźliwy pisk zagłuszył wszystko.

Czas przestał istnieć, a ciało wstrzymało odczuwanie. Donata nie wiedziała, co się dzieje. Próbowała wydostać dłonie spod więdnącej poduszki powietrznej, lecz nie poruszyła nimi. Ruch wykonała wyłącznie w umyśle, lecz ciało go nie słuchało. Mózg wystraszył się tak bardzo, że stracił kontakt z powłoką.
Odpłynęła w nicość i było to najlepszym, co mógł jej zafundować rozum. Straciła przytomność, głowa bezwładnie opadła na zagłówek, a z niego na prawe ramię.

***

Czy pani mnie słyszy?! – Coś niechcianego wyrwało ją z błogości nieodczuwania. – Proszę odpowiedzieć, jeśli pani może.

To było zdaje się skierowane do niej. Tak, głos znajdował się blisko jej lewego ucha.
A może to był głos w głowie?
Zaraz, co się stało?

Powoli, z wysiłkiem uchyliła powiekę jednego oka. Drugie jej nie słuchało. W kadrze wzroku majaczyło światło przebijające rozmazanymi smugami przez zalewaną ulewnym deszczem szybę.

Halo, proszę pani! – Tym razem światło oślepiło ją, jakby ktoś świecił latarką po sprawnym oku. – Proszę się odezwać!
– Halo – jęknęła zdziwiona, słysząc własny głos. Był taki inny. Czy należał do niej? – Co się stało?
– Brała pani udział w kulizji – odpowiedziało światło. – Proszę odpowiadać na moje pytania. Dobrze?
– Tak – przytaknęła niepotrzebnie głową, przez co promieniujący ból w czaszce, zmusił ją do syknięcia przez zęby.
– Proszę oddychać – nakazał głos, oślepiając ją światłem, które zaczęło wędrówkę po aucie, by wrócić po chwili na jej twarz.
– Proszę zgasić tą latarnię – jęknęła. – Głowa od tego boli!
– Dobrze.

Chwilę później latarka zgasła, a oko zaczęło się przystosowywać do ciemności. Wyłaniała się z niej postać, męska postać. Pochylała się nad nią i ogrzewała twarz ciepłym oddechem.

Co się stało? – Znów powtórzyła pytanie. – Dlaczego nie mogę się ruszyć?
– Za chwilę sprawdzimy – odparł spokojnie. – Czy coś panią boli?
– Oko. – To pierwsze, co przyszło jej w odpowiedzi. – Trochę nogi.
– Czy może pani poruszyć palcami stóp?
– Mogę, ale nogami już nie. – Czuła ogarniającą ją panikę. – Coś mi uciska kolana.
– To kierownica. – Uspokoił ją. – Proszę spróbować uwolnić dłonie, wysunąć powoli którąś rękę spod poduszki powietrznej.

Z ogromnym wysiłkiem udało jej się wyciągnąć lewy łokieć, a za nim pociągnąć dłoń. Mimo słabego oświetlenia stwierdziła, że wszystkie palce są na miejscu. Z drugą ręką poszło gorzej, lecz i ją udało się oswobodzić.

Dobrze – pochwalił. – Czy boli panią brzuch, głowa, czuje pani nudności?
– Nie – odpowiedziała z ulgą. – Tylko to cholerne oko. Czy je straciłam?
– Nie. – Znów uspokajający głos. – Rozcięcie powieki i opuchlizna od uderzenia. Gałka oczna powinna być w dobrym stanie, ale to stwierdzimy później.

Deszcz przybierał na sile i w tej chwili woda lała się z ciemnego nieba strugami. Mężczyzna, zapewne ratownik, musiał być już przemoczony do suchej nitki.

Czy my czekamy na karetkę pogotowia? – Cienkim i wystraszonym głosem spytała Donia.
– Czekamy na straż, ale to potrwa. – Odparł poważnie ratownik. – Potrzebny będzie sprzęt do rozcięcia blachy samochodu, ale najbliższa jednostka straży usuwa skutki zalania podmiejskiej drogi i wyciąga ludzi z kilku aut, które się tam zderzyły. Ofiary śmiertelne i ciężko ranni… – urwał. – Dotrzymam pani towarzystwa, a pani będzie mi mówiła, jeśli poczuje się cokolwiek gorzej.

Nie czuła się tym faktem zmartwiona. Nawet przyjemnie jej się zrobiło i ciepło na duchu.
Ktoś zupełnie bezinteresownie moknie dla niej, choć mógłby skryć się gdzieś przed ulewą.
Ten ktoś ma przy okazji bardzo ciepły głos.

Dobrze, ale przejdźmy w takim razie na ty. – Odpowiedziało jej milczenie. – Skoro mam tkwić w ciemności z facetem, to wolałabym być z nim po imieniu!
– Dorze – zaśmiał się. – W takich momentach zazwyczaj widzę panikę i lamenty, więc proszę wybaczyć moje zdziwienie. Jeszcze nikt nie dbał przy tej okazji o etykietę i miłą atmosferę. Bogusław jestem.
– Aldona.

Donia nie miała pojęcia, dlaczego przedstawiła się imieniem z dowodu osobistego.
Od lat, nikt nie używał jej pełnego imienia, a jedynie zdrobnienie. Nie cierpiała go z całego serca i starała się zapomnieć o piętnie, którym naznaczyli ją rodzice w dniu chrztu.
Teraz go użyła.

Aldona? – Zawiesił głos. – Ładnie…

Dodaj komentarz