Bada boom cz. 2

Rozdział 2

To ma być ładne imię?! – prychnęła, jak kot. – Moim rodzicom na mózg coś padło, gdy wybierali mi imię. Po jakiejś tam prababce mi przypadło.
– Nie lubisz swojego imienia? – z
dziwił się. Doni wydawało się, że mówi to szczerze. – Mnie się podoba.
– Szkoda, że rówieśnikom w szkole podstawowej podobało się w inny sposób – sarknęła. – Aldona, popier… – chrząknęła, przerywając w porę.
– Jesteś pewna, że chodziło im o imię? – zaśmiał się zaczepnie.
– Nie znasz mnie, a już oceniasz? – fuknęła i odruchowo uniosła dumnie brodę. To był kolejny, błędnie wykonany ruch ciałem, który okupiła
porządną dawką bólu. – Sadysta – jęknęła.
– Jak dla mnie, to wyglądasz na bardzo racjonalną osobę i chwali ci się to. – To stwierdzenie było już wypowiedziane poważnym tonem.
– Ten racjonalizm właśnie stał się przyczyną kolizji – stwierdziła smętnie.
– W sensie, że uznałaś za najbardziej racjonalny sposób na spędzenie wieczoru, czołówkę z innym autem? – Niby niewinne i niedomyślne pytanie, ale uśmiechu zawoalowanego w słowach nie zdołał ukry
ć
– No jasne – potwierdziła. – A cóż lepszego można robić w weekend?
– A tak naprawdę? – spytał łagodnie.

I opowiedziała mu o sobie, zastanawiając się równocześnie, dlaczego mówi to wszystko obcemu mężczyźnie. Nie zataiła braków w obecnym związku, wkradającej się weń nudy i monotonii. Opowiedziała o własnej nadproduktywności w firmie i szefowej, która lubiła świadomość, że to na Donię może właśnie liczyć, gdy zajdzie taka potrzeba.
Zrelacjonowała w końcu dzisiejszy wieczór w pracy i spóźniony przyjazd na urodziny koleżanki, oraz zaskoczenie widokiem byłego już chłopaka, z solenizantką siedzącą mu na kolanach.

To bydlę z tego faceta jest i tyle – oznajmił spokojnie. – Takich rzeczy nie robi się w tak ułomny sposób. Chyba, że chce się definitywnego końca, a jest się zbyt tchórzliwym, by załatwić to z klasą.

Dało jej to do myślenia i przytkało na chwilę, lecz głos w ciemności mówił dalej.

Pomyśl. – Skupił znów uwagę na sobie. – Tak naprawdę, to powinnaś się cieszyć. Z tego co mówisz, to wasz związek nie rozwijał się, a raczej kisł sobie i żadne z was nie próbowało nic z tym zrobić. Stało się samo i po bólu. Boli cię urażona duma, ale nie cierpisz z powodu złamanego serca.

W ostatnich słowach zadźwięczał ból, jakby mówił o czymś, co dotknęło jego samego.
Czuła, że nie powinna pytać, wtrącać słowem w jego wypowiedź. To byłoby niedelikatne i choć zżerała ją ciekawość, nie odezwała się.

Gdy ktoś łamie ci serce i wyciera o nie podeszwy butów, ból jest o wiele większy, niż wyrwanie ręki wraz z ramieniem. – Westchnął głęboko, milknąc.

Milczeli oboje i tylko deszcz wściekł się na świat, zalewając sobą.
Czuła palce, którymi pocieszał j
ą, zaciskając na ramieniu i było jej dziwnie błogo.
Dwoje nieznajomych zrozumiało się w przeciągu pół godziny, którą z przymusu, spędzili razem.
Donia stwierdziła, że po raz pierwszy nie krępuje jej cisza, a właściwie milczenie w obecności mężczyzny.

Miło było cię poznać. – Ratownik przerwał wspólną ciszę. – Szkoda, że w tak nietypowych okolicznościach. Będzie dobrze – rzucił jeszcze w ciemność, którą rozjaśniały coraz bardziej, światła zbliżającego się samochodu. – Teraz przejmą cię inni. Trzymaj się.

Nic nie odpowiedziała, bo nie wiedziała, jak powinna się w takiej sytuacji zachować. Otworzyła usta, jak wyciągnięta z wody ryba i… milczała.
Delikatny dotyk dłoni na czole, szelest ogumowanej, sztywnej kurtki ratownika, gdy wstawał z pozycji kucznej, w której trwał i w końcu jego oddalająca się sylwetka.
Nie zdążyła nawet powiedzieć „dziękuję”,
bo nie wiedziała jak. Po chwili inne ręce zaczęły ją dotykać. Padły pytania, na które musiała odpowiadać, a światło latarki zablokowało skutecznie widzenie.

Urządzenia, którymi rozcinano blachę drzwi syczały sprężonym powietrzem i wydobywały zgrzytający lament ćwiartowanej blachy. Unieruchomiono jej głowę wraz z szyją i przetransportowano do karetki pogotowia. Daremnie wyglądała swojego ratownika, a złość rosła w jej duszy z sekundy na sekundę coraz bardziej.
Sensowny facet, ciekawy i ten głos…

Nie mieściła jej się w głowie niesprawiedliwość losu. Rozwaliło jej się właśnie życie prywatne, a przy okazji samochód. Poznała kogoś intrygującego, choć nie wiedziała czym ją tak właściwie zaintrygował i ten ktoś zniknął z horyzontu.

Mężczyźni od zawsze reagowali na jej nieprzystępność napieraniem fizyczno mentalnym, a ona się przed nimi broniła. Czasami pozwalała im się do siebie zbliżyć, ale wyłącznie wtedy, gdy zaintrygowali ją czymś. Karol był bezpieczną opcją i wybrała go po burzliwym związku, który miał miejsce rok wcześniej.
Poprzedni facet okazał się być handlarzem dragów, pozującym na biznesmena. Przez dłuższy czas umiejętnie ukrywał prawdę, lecz w końcu któraś z „klientek” wdarła się do kupionego przez Donię mieszkania, żądając, by Szymon wydał jej obiecany towar i że gotowa jest zapłacić mu za to nawet ciałem.
Donia wyrzuciła małolatę za próg,
bo ta wciskała się nachalnie do środka, śmierdząc przy okazji tak, że nos wiądł a w oczach stawały łzy.
Rewizja części szafy zajmowanej przez Szymona, odkryła całą masę tabletek i proszków w woreczkach, poupychanych z tyłu za ciuchami.
Szymon nie wypierał się winy. Przyznał, że taki jest jego sposób na życie i ona, Donia musi zaakceptować ten stan rzeczy, lub rozstaną się po prostu.
Rozstali się,
bo tego nie zaakceptowała.
Wspólna przyszłość z
handlarzem narkotyków? Bała się takiej opcji i nie widziała siebie z brzuchem w otoczeniu piguł, prochów i dziwnych ludzi. Tak, o takich sprawach Donia myślała od początku znajomości z mężczyzną. Jakim byłby ojcem i czy nadaje się na odpowiedzialnego partnera. Seks z Szymonem był najmocniejszą składową ich związku.

Przebolała brak mocnych wrażeń w łóżku, w związku z Karolem. Z nim miało być normalnie. To „normalnie” uwięziło ją teraz w zgniecionym aucie, zatrzymując zakleszczonymi drzwiami i kierownicą unieruchamiającą podudzia.
Ratownik odpływał z jej pamięci, wraz z ogłuszeniem podanym w postaci zastrzyku, zaaplikowanego przez sanitariuszy. Strzępek wspomnienia został jednak i kołatał się w otumanionym umyśle Doni.
Ona tak tego nie zostawi. Zrobi z tym coś i choć nie wiedziała jeszcze co, to była pewna, że na pewno będzie jakiś ciąg dalszy. Reszta wyjdzie w praniu. Na pewno nie zbagatelizuje palca bożego! Teraz kręciła się wraz z głową i światem wokół.

To tak wygląda bycie naćpanym?W głowie zakołatała ostatnia myśl, nim umysł wyłączył czucie i odpłynęła w niebyt.

***

Ocknęła się w szpitalu, ubrana w kołnierz ortopedyczny, unieruchamiający jej głowę i w przepaskę na oku. Nie było kabelków podłączonych do ciała, pikania aparatury. Ból głowy ćmił namolnie, a oko krzyczało o wolność.

Dwa dni obserwacji, badania i wyniki zakwalifikowały ją w końcu do wypisu.
Z plastrem na pół twarzy opuściła budynek szpitala i dopiero poza jego murami oblepiły ją ciekawskie spojrzenia ludzi. W oczach jednych widziała ciekawość, w innych litość, lub
drwinę.

Kogo we mnie widzicie? – zastanawiała się bez złości, zaglądając w oczy obcych ludzi, w efekcie zmuszając ich do odwrócenia wzroku. – Ofiarę przemocy domowej?

Nie zamierzała się tym przejmować. Jej myśli zajmował ratownik i na tym się skupiła. Było to o tyle utrudnione, że jej nietknięty farmakologią organizm, odchorowywał każdą dawkę zaaplikowanych w szpitalu medykamentów. Miała mega kaca i była wciąż osłabiona, skołowana, ale też szczęśliwa, że skończyło się plastrem na oku, które ponoć miało w najbliższym czasie odzyskać w pełni możliwość widzenia.
Wytrzyma, poczeka i obmyśli sposób na odnalezienie swojego zbawcy i spowiednika. Przyjaciela poznanego w deszczowej ciemności.
Spotka go i skonfrontuje wyobrażenia i marzenia z rzeczywistością. Może jest nudny i beznadziejny w sytuacji nie obarczonej stresem? Ciekawe, jak wygląda.

Pod drzwiami mieszkania leżała wiązanka zwiędniętych róż z pisemnymi przeprosinami. Karol prosił o szansę i obiecywał poprawę.

– Baran – warknęła, otwierając drzwi, wchodząc do mieszkania.

Kiedyś może i dopuściłaby taką opcję. Teraz ciekawość kierująca jej myśli ku nieznanemu facetowi i świadomość ulotności życia, którą posiadła w sekundach zgniatających auta ze sobą, spowodowały, że nie miała już ochoty na próby i ustępstwa. Donia czuła mentalną klarowność i wiedziała czego pragnie. Chciała coś przeżyć i poczuć ekscytację. Miała namiastkę tego uczucia, będąc uwięzioną we wraku i chciała poczuć to samo ponownie.

Nie męcząc kręgosłupa schyleniem się do zwiędniętych kwiatów, przeszła nad nimi przez próg mieszkania i skierowała kroki wprost do łazienki. Z niepewnością spojrzała w lustro i aż jęknęła, widząc swoje odbicie. Miała siniaki na twarzy, a drobiny zaschniętej krwi zdobiły szramę, której koniec wystawał zza plastra.

– Moje włosy! – jęknęła, próbując je przygładzić palcami. – To już wiem, dlaczego ludzie patrzyli na mnie jak na ofiarę przemocy domowej!

Wyglądała, jak siedem nieszczęść, ale żyła. Plaster miał zniknąć za kilka dni i wtedy zobaczy skutki furii, która dopadła ją za kierownicą.

Jak to dobrze, że nikogo przy okazji nie zabiłam.

***

Proszę otworzyć oko. –Lekarz łagodnym głosem wydawał instrukcje. – Powoli, bo po tylu dniach nieużywania, oko może boleć.

Zamrugała. Szczypało, lecz nie bolało. Widziała i prawie popłakała się ze szczęścia. Lekarz wydawał się być tym faktem przejęty równie mocno, co ona. Chrząknął i zmierzwił włosy, uśmiechając się przy tym.

Przede wszystkim widziała! Oko było całe, więc teraz pozostało zrobienie czegoś ze swoim życiem. Taki miała plan na moment po tym, co się okaże po zdjęciu opatrunku.

Myślała o tym od momentu, gdy zblokowana kierownicą we wraku, czekała, na uwolnienie.
Jej życie dotąd było przewidywalnie nieskomplikowane. Przecież nie chciała tego, nie tak miała żyć! Kiedy to wszystko tak się
ułożyło?! Pięć dni w tygodniu praca, a po niej egzystencja. Weekendy spędzone na ogarnianiu mieszkania, bądź nadganianiu firmowych obowiązków. Zainteresowań brak. Czasami jakaś książka, bądź wypad do kina, lub teatru. Myślała, ze to jej wystarczy. Jak ona mogła żyć w taki sposób?! Przecież to wegetacja!
Teraz wszystko zmieni, bo wie, że nie tędy droga. Jeden ruch kierownicą może z
niszczyć wszystko.

Już nie będzie tak niezdecydowana i uległa. Pomyśli o sobie.

Miała cel. Celem był ratownik.

Muszę go poznać – upewniała się w podjętej decyzji. – Skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością.

W domu umyła zęby, wypiła herbatę i udała, że nie widzi więdnącej i śmierdzącej części zawartości lodówki. Kiedyś umyłaby ją i zdezynfekowałaby w pierwszej kolejności. Posegregowała zawartość i zrobiła listę niezbędnych zakupów. Teraz miała to głęboko w nosie. Lodówka poczeka, a Donia od tego nie umrze.

 

Popijając kolejną herbatę z ulubionego kubka, tonęła w marzeniach i czyniła to po raz pierwszy w życiu.
Marzyła.

Dodaj komentarz