Bada boom cz. 3

Rozdział 3

Część pierwsza życia poza mgłą. Bada boom i się zmieniło. Skąd wzięło się bada boom? A, już wiem – z filmu!

No dobra. Musiałam przyznać sama przed sobą, że żyłam bezpiecznie i właśnie to bezpieczeństwo stało się dla mnie priorytetem, przy wybieraniu sobie facetów. Musiał być spokojny, ustabilizowany życiowo i oczywiście z przyszłością.
Za ten sposób myślenia dostałam od życia w pysk, gdy pokazało mi ono, jaką głupotą jest planowanie przyszłości. W jednym momencie nierozważnym ruchem można sobie, a przy okazji i innym, zmienić tę przyszłość c a ł k o w i c i e. Zrozumiałam to teraz. Muszę zaniechać kierowania się aż tak bardzo wytycznymi, przy doborze otaczających mnie ludzi. Przestać tak planować!

Gdyby spojrzeć na moje życie z boku, to odcisnęłam w nim wzorzec, jakiś sztywny szablon i nie wychylałam się poza niego dotąd ani razu. Otulona złudzeniami i ogrzewana bezpiecznymi wyborami, starzałam się bez sensu.

Nie wiem, czy to wypadek drogowy, czy może poznanie ratownika, ale coś zmieniło mój sposób myślenia. Błahymi stało się wiele spraw, które dotąd potrafiły mi spędzać sen z oczu.
Niepełne zaopatrzenie lodówki i szafek w artykuły spożywcze. Plan spłat kredytu na pralkę, lodówkę i bieżące rachunki. Potrafiłam w nich tkwić godzinami, ustalając z ołówkiem w ręku plan rozdzielenia funduszy na poszczególne płatności. Chore to było!
Tyle straconego czasu na… Na co? Na zaplanowanie poprzesuwania wirtualnej kasy?

Dosyć!
To się musi zmienić.
Ja się muszę zmienić!
Poprawka! Nie muszę, ale chcę!

W pierwszym tygodniu po wypadku nie robiłam praktycznie nic. Korzystając z urlopu chorobowego, napawałam się letnią aurą. To ta letnia pogodą oberwała nocną chmurę i pomogła mi roztrzaskać auto, ale to również ona pozwoliła mi otworzyć oczy na to, co mnie otacza na co dzień.
Wiedziałam, że chcę odszukać faceta, z którym rozmawiało mi się tak swobodnie, jak nigdy wcześniej z żadnym.

Ciało zagoiło się, a siniaki powoli znikały. Najbardziej wkurzający był ten wokół prawego oka i to właśnie on utrzymywał mnie w domu najdłużej. W końcu wyglądałam normalnie i mogłam wyjść z mieszkania, nie będąc ściganą wzrokiem przechodniów. Nareszcie nie wyglądałam, jak ofiara zbyt słonej zupy.

Zaczęłam poszukiwania od szpitala, do którego przywieziono mnie po wypadku.

Dzień dobry – przywitałam znużoną panią w okienku. – Potrzebuję pewnej informacji dla chorej koleżanki.

Kobieta podniosła na mnie wzrok, lecz nie znalazłam w jej oczach ani krztyny zainteresowania. Bardziej zniecierpliwienie i złość, że ktoś śmiał przerwać wypełnianie dokumentów pacjentów.

Została przywieziona do tego szpitala około trzech tygodni temu przez karetkę pogotowia po wypadku i chciała odnaleźć ratownika, który pomógł jej przetrwać ciężkie chwile i mu podziękować – ciągnęłam dalej niezrażona.
– Podziękować? – parsknęła, unosząc przy tym jedną, ze zbyt wyraźnie narysowanych brwi. – Tu ci nie pomogę, złotko. A dlaczego koleżanka sama nie przyszła?

Widziałam podejrzliwość na jej twarzy, gdy patrzyła na mnie spod byka, uderzając czubkiem długopisu o kartki, rozłożone na blacie.

Bo jeszcze w domu leży i ma obie nogi w gipsie. – Skłamałam gładko, oblekając twarz we współczucie. – Chciała, żebym go odnalazła, nim wydobrzeje.
– Rozumiem. – Kobieta nie wyglądała na przekonaną. – Kiedy dokładnie ją przywieziono?

Podałam datę, godzinę i swoje imię i nazwisko. Oczywiście mówiąc, że to dane koleżanki.
Opuściłam poczekalnię bogatsza o adres stacji pogotowia ratunkowego, którego karetka mnie tutaj dowiozła. Nie zamierzałam czekać na dzień kolejny, lecz pognałam na nogach bez chwili wahania. Po to, by nie mieć czasu na rozmyślanie i aby się nie zawahać i nie stchórzyć.

Wrosłam w ziemię w momencie, gdy stanęłam przed drzwiami wejściowymi pogotowia. No bo co ja mu właściwie powiem, gdy go zobaczę? Że dziękuję i… No właśnie.

Odetchnęłam głęboko i ruszyłam przed siebie żwawo, nie biorąc jednak pod uwagę faktu, że drzwi mogą się otwierać jedynie na zewnątrz. Naparłam na okute stalą wahadło i cisnęłam mozolnie i bezmyślnie. Jakby mi się jakaś durnota we łbie włączyła, miast rozumu.
Drugie skrzydło tymczasem otworzyło się powoli i wyjrzała zza niego zdziwiona kobieca twarz.

Umie pani czytać? – zapytała z przekąsem.
– Umiem – odparłam zdziwiona pytaniem.
– To co pisze przed pani nosem? – Kolejne pytanie.
– Ciągnąć – przeczytałam na głos i oblałam się rumieńcem. – O kurczę.
– Pani wejdzie. – Przytrzymała mi grzecznie drzwi, a może obawiała się po prostu, że obsługa drzwi przerasta moje możliwości. – W jakiej sprawie?

Powtórzyłam historyjkę o koleżance, nim doszłyśmy do kontuaru i stanowiska za nim. Nie uwierzyła mi i nie starała się tego nawet ukryć. Może to jej młody wiek, a może zamiłowanie do romantycznych opowieści, rozjaśnił jej oczy i przywołał uśmiech na twarz.

Nie wolno nam podawać takich informacji, ale może pani usiąść w poczekalni i zaczekać. – Zniżyła głos do szeptu.
– Na co mam czekać? – odszepnęłam.
– Spieszy się pani gdzieś? – Uniosła obie brwi, a ja zauważyłam, że nie były narysowane.
– No nie. – Ja moje zmarszczyłam, nie rozumiejąc.
– No. – Zakończyła rozmowę i wskazała krzesło, a sama wróciła do zajęć.

Opadłam ciężko na siedzenie pod ścianą i czekałam, co jakiś czas zerkając na dziewczynę. Ta jednak ignorowała mnie całkowicie.
No dobra, każą siedzieć, będę siedzieć. Nic się nie dzieje bez przyczyny, więc i to musiało mieć jakiś cel.

Po pół godzinie siedzenia bolał mnie już tyłek, ale trwałam nadal w pozycji siedzącej, posilając się czekoladą i starając się wczytać w treść artykułu wyświetlonego w telefonie.
Po godzinie miałam dosyć i podejrzewałam dziewczynę o robienie mi głupiego żartu, lecz wtedy otworzyły się drzwi i powiało ciepłym wiatrem.

Cześć Boguś! – zawołała dziewczyna za kontuarem. – Co tak wcześnie dzisiaj?

Na dźwięk tego imienia musiałam zastrzyc uszami, a oczy chciały mi wyskoczyć z orbit.
Nie potrafiłam jednak spojrzeć na mężczyznę, którego głos poznałam. Pięć głębokich oddechów i uniosłam głowę, by zobaczyć już tylko plecy mojego ratownika. Dziewczyna przyglądała mi się z litością w oczach, ale i ze zrozumieniem dla stanu, który mnie ogarnął. Wrzuciłam wściekle telefon do torebki i zamierzałam wstać, gdy usłyszałam krótkie: „Pani siedzi”.

I siedziałam, nadal czekając. Nie spuszczałam już jednak wzroku z drzwi, w których zniknął Bogusław. W końcu wyszedł z nich mężczyzna, za nim kolejny i obaj zawisnęli na kontuarze przed dziewczyną.

Jak już tutaj jesteście, to mam do was prośbę. – Dziewczyna powiedziała to tak głośno, że obaj odskoczyli od lady, prostując się. – To moja koleżanka blogerka.

Wskazała mnie ruchem głowy, a właściwie brody. Obaj, jak na komendę obrócili się i wlepili we mnie nieruchomy wzrok.

No i? – zapytał blondyn.

Był wysoki, postawny i zdecydowanie przystojny. Nie był jednak moim ratownikiem. Był nim ten niższy. To on przyglądał mi się z uniesionymi brwiami.

No i pisze właśnie tekst o ratownictwie i samych ratownikach, a ponieważ guzik wie o temacie, to pomyślałam, że moglibyście z nią pojeździć trochę i pokazać waszą pracę – mówiła radośnie, jakby oznajmiała wieczorną imprezę.

Panowie nie wyglądali bynajmniej na uradowanych i pewnie dlatego milczeli.

To głupi pomysł i niezgodny z… – zaczął blondyn.
– Misiu pysiu. – Trzepnęła go trzymanym w ręku zeszytem. – Ty nie bądź taki przepisowy nagle! Od kiedy ci się tak zrobiło? Mam ci przypomnieć o…
– Dla mnie może być – przerwał Bogusław, potwierdzając pierwszym wypowiedzianym przez siebie zdaniem, że jest właśnie Bogusławem.

Taki niepozorny trochę, zwyczajny z wyglądu, ale coś niepokojącego czaiło się w oczach. No i ten głos! Poczułam ciarki na plecach, napływ wspomnień z nocy w zakleszczonym samochodzie, plus przyspieszenie pulsu.
Czy mnie poznał?
Nie, no jakim cudem?
Wtedy opuchnięta, plus ciemność i deszcz.

Bogusław jestem. – Wyciągnął dłoń.
– Donia. – Pozwoliłam zamknąć swoją dłoń w bardziej masywnej, zawiesiłam się w jego oczach i tak zostałam.
– A ja Tomasz. – Wtrącił się drugi ratownik. – To idziemy?

Ocknęłam się, przerwałam zawias wzrokowy i napotkałam roześmiane oczy mojej nowej koleżanki. Mrugnęła jeszcze do mnie i wróciła do swoich zajęć, udając utratę zainteresowania nami.

To co? – krzyknął na odchodnym Tomasz. – Zaczynamy rollercoaster po mieście?

I zniknął za drzwiami. Udało mi się w końcu ruszyć i dogonić ich, zastanawiając się w trakcie truchtu, w co też wpakowała mnie dziewczyna z recepcji i czy zrobiła to złośliwie.
Wsiadłam do karetki, w której za kierownicą siedział trzeci ratownik. Rzucił mi oschłe „cześć” i ruszył na sygnale. Wcisnęło mnie w fotel i zastanowiłam się nad własną odpowiedzialnością.

To co mamy na pierwszy strzał? – Krzyknął Tomek. – A to Donia, dzisiejsza obserwatorka naszej pracy.
– Na ratunek czeka moher w potrzebie – odkrzyknął kierowca. – Nie oczekuj filmowych atrakcji, mała. – To ostatnie miało być zapewne skierowane do mnie.

Bogusław siedział, nie odzywając się i tylko przyglądał mi się uważnie. Coś go trapiło i miałam nadzieję, że nie rozpoznał mojego głosu i nie skojarzył poprawnie faktów. Wyszłabym wtedy na idiotkę i stalkerkę, a nie taki był plan. Planowałam… O kurde. Czego ja właściwie oczekiwałam?

Wypowiedziałam w sumie tylko jedno słowo, więc nie powinien był mnie skojarzyć. Ale cholera go wie, może był fanem programu „Jaka to melodia”?
Podskakiwaliśmy i huśtaliśmy się na siedzeniach, mknąc w jego codzienność. Walczyłam z nim na spojrzenia, lecz przegrałam, pierwsza odwracając wzrok.
Nie powinnam była jechać. Nie znam tych facetów, poza tym przypomniałam sobie właśnie opowieści o łowcach organów. Wstrzykują coś, co powoduje, że jesteś żywy, lecz nie możesz reagować na bodźce. A jeśli to taka szajka i dziewczyna stwierdziła po prostu, że nadaję się do rozbiórki na flaczki do sprzedaży?

Gonitwę myśli przerwało ostre hamowanie i rzucone hasło do wyjścia. Bałam się, jak jasny gwint, ale co miałam zrobić? Chciałam odmiany życia, to miałam.
Głęboki wdech i wydech.

Te! Blogerka! – Tomek wsadził głowę z powrotem do auta. – Ciebie jakoś specjalnie trzeba zapraszać?

Przewróciłam oczami i poderwałam tyłek z siedzenia.

Dodaj komentarz