Kołami w chmurach cz. 1

Zapraszam CIę do bardzo tajemniczej historii, której pierwowzór głównego bohatera jest realną osobą. Opowiem Ci o nim więcej w mailu, który jak co środę wysyłam do osób zapisanych na newsletter.  Jeśli jesteś ciekaw tego pana, to zapraszam do zapisu >>> TUTAJ <<< 

Przy okazji otrzymasz dostęp do bezpłatnego e-booka i audiobooka „Ktoś, coś”

Rozdział 1

Zsunął stopy z półki, pozwalając sobie na chwilę bezruchu przed tym, jak wstanie, rozpocznie swój zwyczajny dzień. Nie tłumaczył znajomym, czemu wybrał właśnie takie życie. Kiedyś próbował, ale widząc brak zrozumienia i zdziwione spojrzenia tych, którym wyjaśniał, czemu kocha jazdę swoim ciągnikiem, przestał. W końcu odmawiał spotkań z nimi, aż wreszcie nie odbierał telefonu. Zmienił numer, skasował konta w mediach społecznościowych, zniknął dla wszystkich.

To nie był krótkotrwały proces.

Zaczął od wyprowadzenia się z rodzinnego miasteczka, w którym wszyscy się znali Marek chciał poznawać świat, ale rodziców nie było stać nawet na wakacje w Polsce. Zbyt duża rodzina, za wiele wydatków. Co tu mówić o zagranicznych wojażach?

Postanowił przeprowadzić się do Krakowa i wynająć pokój w kamienicy na Kazimierzu. Mieszkanie zamieszkiwało kilkanaście osób różnej narodowości, w pięciu pokojach, dwu- i trzyosobowych. Pozostałymi częściami lokalu były wspólna kuchnia, łazienka i balkon (miejsce spotkań i rozmów przy wieczornym piwie) oraz palarnia na korytarzu. Marek nie palił, szkoda mu było pieniędzy na tak bezsensowne wydatki. Papierosy zastąpił bieganiem po Krakowie. Podobały mu się wąskie, pełne uroku ulice dawnej żydowskiej dzielnicy, teraz wypełnione kawiarniami i modnymi sklepami. Najlepiej biegało mu się wzdłuż Wisły, gdzie z rana nie było zbyt wielu ludzi. Poza biegaczami widywał posiadaczy psów, którzy pozwalali swym czworonogom wybiegać się w wysokich trawach. Z ulicy św. Agnieszki, gdzie mieszkał, miał całkiem blisko i nad Wisłę, i do Rynku. Nie przepadał jednak za historycznym centrum Krakowa, bo było tam zbyt tłoczno i jarmarcznie. Zwiedził Rynek raz, z przewodnikiem, i uznał, że w stolicy Małopolski są ciekawsze (i spokojniejsze!) miejsca.

Swój pokój dzielił z Anglikiem. Współlokator był spokojnym, wiecznie zmęczonym studentem medycyny. Nie przeszkadzali sobie, a ich harmonogramy dnia się uzupełniały. W tygodniu Alan wracał z zajęć i uczył się do późnego wieczora. Marek wpadał jedynie, by się umyć, przebrać po pracy magazyniera i biec na drugi półetat – do pizzerii. W tej szybko awansował od pomywacza na kelnera, później na stanowisko kierownika zmiany. Zajęło mu to raptem pięć miesięcy. Był bystry, myślał wielotorowo i to tymi określeniami zaskoczył go właściciel pizzerii tuż przed tym, jak dał chłopakowi podwyżkę i awans. Dzięki wyższym zarobkom i wizji pełnego, udokumentowanego umową etatu mógł porzucić pracę magazyniera i oszczędzać każdą zarobioną złotówkę, czekając na upragnione dwudzieste pierwsze urodziny. Oszczędzał, by zrobić prawo jazdy kategorii C + E. Nie pił, nie palił, więc kwota pieniędzy na koncie systematycznie rosła.

Marek lubił jazdę zwykłym samochodem, ale marzył o trucku. Pragnął czuć potężne gabaryty pojazdu, który miałby prowadzić. Możliwość zarabiania pieniędzy, będąc w ciągłym ruchu i poznawania przy tym świata, towarzyszyła mu każdej nocy, gdy zmęczony kładł się do łóżka. Widział siebie za kierownicą, marzył, by truck stał się jego domem.

Od dziecka dzielił pokój z braćmi, teraz również mieszkał ze współlokatorem. Pragnął samotności, a ta praca wydawała mu się idealna.

Po zdobyciu wymarzonego prawa jazdy złożył podania o pracę w kilkunastu firmach spedycyjnych. Zadziałał inteligentnie, pisząc że zależy mu na nauce i chce po prostu jeździć jako zmiennik oraz że jest gotów robić to przez kilka miesięcy za darmo. Stać go na to było dzięki oszczędnościom.

Na odpowiedź nie musiał czekać długo. Niewielka firma, mająca swą siedzibę na Rybitwach, przygarnęła go, a jej właściciel miał sobie gratulować tej dobrej decyzji przez kolejnych kilka lat.

Pierwszą trasę Marek zapamiętał jako przełom w życiu. Grzesiek, któremu go przydzielono jako zmiennika, był pogodnym człowiekiem, rozmownym, wręcz gadatliwym. Nie ciągnął Marka za język, nie zadawał wścibskich pytań, wolał mówić o sobie. Godziny, gdy Marek prowadził ciężarówkę, Grzesiek w większości przesypiał. Ten czas był dla Marka spełnieniem marzeń. Warkot silnika, ciepło w szoferce i niknące pod kołami kilometry. Do szczęścia nie potrzebował nic więcej. Nawet nie włączał radia. Muzyką był dla niego dźwięk pracy silnika.

Po skończonej zmianie robili postój. Lekki posiłek przed snem i ośmiogodzinny odpoczynek. Codziennie po przebudzeniu Marek biegał. Temu rytuałowi poświęcał przynajmniej pół godziny dziennie. Czasami musiał się porządnie nagimnastykować, by znaleźć miejsce do biegania. Kilka razy przechodził przez odgradzający autostradę od lasu płot, innym razem wspinał się po stromym wzniesieniu. Przestrzegał jednak codziennej rutyny. Po biegu zawsze brał prysznic i jadł z Grześkiem śniadanie.

Przez pierwszy miesiąc Marek siadał za kierownicę tylko w ciągu dnia, by obyć się z różnymi sytuacjami na drodze, wyrobić odruchy i właściwe reakcje, poznać zachowanie ciężarówki w trasie.

Pewna sytuacja szczególnie wbiła mu się w pamięć. Zatrzymali się na postój, zmienili, za kółkiem siadł Marek. Wszystko w utartym rytmie dnia tak, jak lubił najbardziej.

Poznaj Lidkę. – Za Grześkiem do szoferki wspięła się uśmiechnięta kobieta. – Przejedzie się z nami kawałek. Podrzucimy ją kilka stacji dalej. Przejdziesz się na spacer? Dasz nam chwilę?

Marek nie protestował, choć nie miał ochoty na dodatkowe towarzystwo. Był jednak na czymś w rodzaju praktyk i miał niewiele do powiedzenia. Grzesiek z Lidką zasunęli kotary zasłaniając widok pryczy, dając sobie minimum intymności. Marek opuścił szoferkę i czekał, aż skończą i będzie mógł jechać.

Gdy ruszył, mógł się skupić na mruczeniu silnika, wibracjach, w które wpadła maszyna. Niestety zapach wypełniający kabinę drażnił go niemiłosiernie. Dodatkowo rozanielony wyraz twarzy Grześka denerwował go i cała ta sytuacja wydała mu się co najmniej niestosowna. Dodatkowo Lidka siedziała na tyle blisko, że Marek wyczuwał drażniący zapach jej słodkich perfum.

A ty nie chcesz skorzystać? – Lidka symulowała obciągnięcie minispódniczki z nogą założoną na nogę. Robiła to oczywiście po to, by przyciągnąć wzrok Marka.

Nie, dziękuję. – Czuł, że spalił buraka, czerwieniąc się po czubki uszu.

– Rozumiem. – Kobieta nie wyglądała na zmartwioną. – Wysadź mnie na najbliższej stacji, kochaniutki.

Wysiadła, mrugając do niego na do widzenia. Odjechała czarnym BMW z przyciemnianymi szybami. Alfons dbał o swoje stadko, zapewniając w ten sposób bezpieczeństwo i pilnując interesu.

Grzesiek drzemał na siedząco, a Marek jechał, zastanawiając się nad sytuacją. Wiedział, że zmiennik jest rozwodnikiem i nie ma domu, do którego może wrócić. Jak sam wyznał, to on zniszczył małżeństwo, dopuszczając się zdrady. Nie wpadł w alkoholizm wyłącznie dlatego, że wybrał zawód kierowcy. Brał każde zlecenie, które pozwalało jechać jak najdalej od ojczyzny. Marek doszedł do wniosku, że Grzesiek w ten sposób zagłusza samotność, zaspokajając przy okazji fizyczną potrzebę.

Później przyszło mu się dowiedzieć, że prostytutki to nie wyuzdane, opętane seksem kobiety. Miały zwyczajne życie, wiele z nich samotnie wychowywało dzieci i prawie każda miała swoją bolesną historię.

Marek tylko raz dał się skusić dziwce. Zaskoczyła go, gdy wsiadał do szoferki. Grzesiek jeszcze spał i nie chcąc go budzić, zdecydował się zjeść kanapkę, którą wcześniej kupił na stacji benzynowej. Właśnie miał otworzyć drzwi i obudzić Grześka.

– Cześć, przystojniaku. – Dobiegł go kobiecy głos zza pleców.

Odwrócił się, stanął oko w oko z rudowłosą dziewczyną. Wyglądała na autostopowiczkę, więc osłupiał, gdy ta bezceremonialnie zacisnęła palce na materiale spodni na wysokości krocza Marka.

– Masz ochotę na seks? – mruknęła, przywierając do niego ciałem. Pachniała słodko, kwiatowo. Czuł jej miętowy oddech i miękkie piersi pod cienką koszulką. – Bardzo chcę poczuć cię w ustach. Będę delikatna, obiecuję.

Chciał ją odepchnąć i przytulić równocześnie. Głowa mówiła, by tego nie robił, ale krew, pompowana przyspieszonymi uderzeniami serca, napływała do krocza, usztywniając penisa. Dziewczyna czuła wahanie i wiedziała, co zrobić, by porzucił dylematy. Przejechała językiem od obojczyka przez szyję do żuchwy, nie przestając masować go przez spodnie. Marek jęknął, przegrał z sobą.

– Stówa pasuje? – mruknęła, rozpinając mu rozporek, masując już całkowicie sztywnego penisa.

Nie od razu zareagował, będąc zbytnio oszołomionym tym nagłym, seksualnym atakiem.

– To jak? – naciskała, nie przerywając pieszczot. – Może być?

– Tak – stęknął, zaciskając oczy, gdy pierwszy skurcz rozszedł się mrowieniem w podbrzuszu.

– Nie będziesz żałował – szepnęła, zadowolona z jego szybkiej kapitulacji.

Było już po zmroku i cały parking zastawiały ciężarówki, zaparkowane gęsto, jedna przy drugiej. W sumie kilkadziesiąt maszyn. Nie byli widoczni dla parkingowych kamer, co najwyżej mógł ich dostrzec kierowca z sąsiedniego wozu. Ten już jednak spał, odpoczywając przed kolejnym etapem podróży. Rudowłosa opadła na kolana, nagryzając opakowanie kondoma, wzięła gumkę do ust. Marek patrzył, jak biorąc go między pełne wargi, naciąga nimi prezerwatywę. Gdy cofnęła głowę, był już „ubrany”. Dziewczyna zaczęła się nim bawić, spoglądając w górę spod rzęs. Było mu dobrze. Cholernie dobrze! Za dobrze.

Zacisnął palce, chcąc spowolnić jej ruchy, ale na niewiele się to zdało. Zbyt dobrze znała się na fachu i wiedziała, jak go pieścić. Ssała, przesuwając równocześnie językiem i palcami pieszcząc jądra. Jęknął, gdy pierwsza fala wprawiła w drżenie kolana. Dziewczyna przyspieszyła ruchy, ssąc i masując go równocześnie. Chwilę później eksplodował, dziewczyna posłusznie zamarła, pozwalając przetoczyć się fali. Ta rozkosz była bolesna. Nie fizycznie, lecz emocjonalnie, bo postąpił wbrew sobie.

Drżącymi palcami podał wyciągnięty z portfela banknot, powiedział „dziękuję”. Dziewczyna zaśmiała się, pocałowała go w policzek, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła. Cieszyła się z łatwo i szybko zarobionej stówy. Dla niej liczył się czas. Nie mogła wiedzieć, że nie zostało jej go zbyt wiele na wydanie zarobionej gotówki. Nie był „zrzeszona”, nie miała alfonsa. Kilka dni później i kilkadziesiąt kilometrów dalej miała zakończyć swój żywot. Ktoś znajdzie rudowłosą dziewczynę, zawiadomi policję, a ta stwierdzi uduszenie ofiary. Nie będzie śladów spermy, bo sprawca jej nie zostawił. Sprawa trafi do tych nierozwiązanych, świat szybko zapomni o rudej dziwce – tym bardziej, że nie ma rodziny, więc nie będzie jej komu szukać, nikt po niej nie zapłacze.

Marek zdjął prezerwatywę, rzucił ją ze złością na ziemię. Nie powinien był, ale zrobił to. Wiedział, że nie skusi się ponownie.

Odpalił maszynę, wyjechał z parkingu. Zamieni się z Grześkiem po upływie godziny. Nie chciał mu patrzeć w oczy, bo nie potrafiłby z nim normalnie rozmawiać. Musiał wszystko przemielić. W samotności jadąc przed siebie. 

Poznaj całą historię

Ten post ma jeden komentarz

  1. Yasmeen

    Nie wiem, jakie modne sklepy są na Kazimierzu… Kawiarnie tak, ale pracowałam tam przez kilka lat i oprócz gastronomii i hoteli to widziałam jedynie Żabki, hydrauliczny, papierniczy, używaną odzież, pasmanterię i mięsny 🙂
    Myśliwska to Płaszów, dla lokalsów „brud, smród i ubóstwo”, raczej mało prestiżowa okolica 🙂

Dodaj komentarz