Piątek trzynastego cz. 1

Mam ogromną przyjemność przedstawić Ci kolejne poprawione i nagrane przez lektorkę opowiadanie, które ma już swoje lata. W nowej odsłonie, z wersją audio 🙂 Ależ się cieszę! 

A Tyt lubisz audiobooki?


Rozdział 1

Nie wierzę w pecha i gdy ktoś mówił mi o pechowym piątku trzynastego, to mam ochotę odwrócić się i zostawić delikwenta z jego zabobonami.

Ten piątek przerósł jednak wszystko, co mógłbym sobie wyobrazić i zaplanować w pechowym scenariuszu.

8:00

Obudziłem się skołowany, jakby mi ktoś garnek na głowę założył. W mieszkaniu było upalnie wręcz, a to za sprawą mojej księżniczki, która jest ciepłolubna i mimo dogasającej za oknem zimy, postanowiła utrzymać w naszych murach letnią temperaturę. Dla mnie dwadzieścia pięć stopni to zbyt wiele, by czuć się dobrze. Dla niej zbyt mało, bo nie może poruszać się w naszej przestrzeni w odpowiednim dla siebie stroju.

Marta wymyśliła sobie kiedyś, że jedynym godnym dla dziewczyny jej pokroju strojem, są spodenki i koszulki. Takie ze strzępka materiału, których prawie nie ma. Nie osłaniają zbyt wiele, ponieważ mają mnie kusić. Kolejną sprawą jest to, że tyle mojej kasy wydaje na pielęgnowanie swego ciała, że karygodnym byłoby nie podziwianie efektów tych zabiegów.

Mój portfel topniał pod wpływem jej fanaberii, bardzo wysokich rachunków za gaz, oraz jedzenia z knajp, które przywoziłem w drodze z pracy. Nie chciała gotować, gdyż jej nienaganny manicure nie przetrzymałby kontaktu z marchewką, czy ziemniakami.

Godziłem się na to dotąd, bo była świetna w łóżku. Nie wiem jednak, czy na dłuższą metę wyrobię finansowo i nerwowo.

Obudziłem się i stwierdziłem, że godzina ósma jest zbyt późną, bym zdążył do pracy na… ósmą. Wyskoczyłem z łóżka, na co moja pani mruknęła ze złością. Ona nie opuszcza pościeli przed południem. Pracować nie musi. Od tego jestem ja.

Szybkie ubranie się przeplecione nerwowym myciem zębów i galop do auta. Ruszyłem z kopyta i pomknąłem do firmy.

8:25

Wykonywałem właśnie skomplikowany manewr slalomu między wlekącymi się przede mną autami, gdy tablica rozdzielcza zaczęła świecić i mrugać, jak choinka bożonarodzeniowa, a spod maski dało się słyszeć dziwne dźwięki. Spanikowany zjechałem na pobocze i wyłączyłem silnik. Przynajmniej próbowałem. Czekałem, słuchając kakofonii wydobywającej się z bebechów samochodu i zasłuchanie to przerwał dym, nieśmiałymi językami wydobywający się spod maski. Za dymem zaczął wypełzać ogień i tak oto siedziałem na fotelu kierowcy z rękami na kierownicy, przyglądając się dziwnemu zjawisku przed przednią szybą. Siedziałem tylko chwilę, bo już po kilkunastu może sekundach, gryzące opary zaczęły się wdzierać do wnętrza. Błyskawicznie odpiąłem pasy, wyskoczyłem na zewnątrz i pognałem do bagażnika po gaśnicę. Odbezpieczyłem ją i wypróżniłem zawartość na maskę samochodu. Nie miałem odwagi otwierać jej. A jak cholerstwo wybuchnie?!

Co tu się dzieje? – Jakiś obcy, przerażony facet podbiegł do mnie, trzymając w ręku gaśnicę.

No pali się! – Wrzasnąłem, bo ognisko w aucie zaczęło wydawać coraz to donośniejsze dźwięki.

Odsuń się pan! – Wrzasnął nowy współtowarzysz i natarł swoją gaśnicą na coraz to większe płomienie.

Nie dał rady ugasić samochodu on, jak i kilku kolejnych domorosłych gaśniczych. Wysłużona Lagunka jarała się już pod niebiosa, otaczając czarnymi kłębami dymu, a ja żałowałem jedynie nowej pary okularów przeciwsłonecznych i kolekcji ulubionych płyt cd, które płonęły wraz z samochodem.

Odsuwaliśmy się od wraku na coraz większą odległość, ponieważ smród jaki wokół siebie roztaczała przy tym akcie samospalenia, atakował coraz agresywniej.

Straż pożarna przyjechała już wyłącznie po to, by dogasić wrak i ponoć w tym pechu miałem szczęście, że nie zatankowałem dzień wcześniej do pełna.

Szkoda mi było Lagunki. Wiele ciepłych wspomnień wiązało się z tym autem i większość umiejscowiona była na tylnym siedzeniu.

10:15

Dotarłem do firmy i już w progu zaliczyłem opierdol. Swoim spóźnieniem zawaliłem ważną prezentację, na którą materiał przygotowywałem od tygodnia. Szef był tak wściekły, że nie dopuścił mnie nawet do głosu, bym mógł wyjaśnić powód zwałki. Że też cholera nie pamiętałem o tym, by zadzwonić z pogorzeliska i powiedzieć, gdzie w komputerze mają szukać. Poinformowano mnie dodatkowo, że premia, na którą pracowałem od dwu miesięcy, już mnie nie dotyczy. I to było na tyle.

Dodatkowym kosztem miało być jeszcze odholowanie i zezłomowanie wraku trupa samochodu. Sam miód dla moich nerwów.

16:50

Powrót do mieszkania i Marty. Do względnego spokoju, jeśli tylko księżniczka nie będzie strzelała fochów. Mam nadzieję, że to nie czas jej okresu. Tuż przed TYMI dniami jest wściekła i upłakana naprzemiennie.

Kupienie obiadu olałem. Nie będę płacił jeszcze za postój taksówki, podczas oczekiwania na zamówienie.

17:30

To nie dla mnie takie życie. Wybacz, ale wolałam wyprowadzić się podczas Twojej nieobecności. Nie dzwoń – Marta”

Nie wiedziałem, co czuć. Z jednej strony złość na nią, że tak tchórzliwie spakowała się i wyniosła. Z drugiej jednak, ulga i poczucie wolności. Nie wiedziałem w sumie, czy bardziej Marty, czy raczej Laguny będzie mi brakowało. Zdecydowanie tego drugiego. Jedynym felerem, zaistniałej sytuacji było to, że zabrała z sobą zbyt wiele sprzętów, nie należących do niej. Kurwa, telewizora jeszcze nie skończyłem spłacać! Nie miałem zamiaru zamartwiać się tym w tym momencie. Musiałem zjeść coś wreszcie i wykąpać się. Jechałem spalenizną, jak etatowy palacz.

18:30

Przypalony obiad, sklecony z jedynych, dostępnych w lodówce składników dopełniał słodkości tego dnia. Zawartość patelni wylądowała w koszu. Pozostało jeszcze odprężenie w wannie. Długa kąpiel powinna pomóc na zszargane nerwy. Może jeszcze jakieś walenie konia przy okazji. W sumie, to dawno nie miałem okazji na takie zabawy. Marta jako koczownik w mieszkaniu, wychodziła wyłącznie wtedy, gdy nie było w nim i mnie. Przyjemnie będzie odświeżyć wspomnienia. Kiedyś byłem prawdziwym ekspertem w dziedzinie samogwałtu!

Tak, jak wszedłem do wypełnionej wodą wanny, tak z niej wyszedłem w tym samym momencie. Zimna woda nie zachęcała do kąpieli, nie wspominając już o trzepaniu gruchy. A ponoć dwufunkcyjny piec gazowy, na który wywaliłem tyle kasy, miał być bezusterkowy. Wyświetlacz wskazywał tymczasem tajemniczo brzmiący napis: ERROR 13.

No chuj z kąpielą i to przez najbliższe trzy dni. Przed poniedziałkiem, żaden z serwisantów nie miał mnie po drodze. Zawsze jeszcze pozostaje wypad z kumplami na piwo.

19:15

Pierwsze piwo piłem w samotności, przy barze w knajpie. Kumple grzali miejsca przy swoich kobietach, bądź oszczędzali kasę przed kolejnym wymysłem dla oszołomów. Jutro Walentynki. Jedyny wolny Tomek, leczył kaca i już na propozycję piwa dzisiaj, dostał cofki i urwał rozmowę. Pewnie w chwilę później straszył kibel.

Pierwszy kufel wypiłem na eksa. Należało mi się po dzisiejszych przeżyciach. Kolejne smakowało już trochę mniej i wchodziło wolniej. Piłem, mieląc swojego pecha do momentu, gdy czyjeś łapsko zbyt szybko opadło na moje ramię. Odwrócono mnie siłą, ponad połowa piwa wylała mi się na dżinsy i pociekła na podłogę. Kolejnym widokiem była pięść, mknąca w stronę twarzy i przerośnięte ramię powyżej pięści. Jeden prosty, poprawiony prawym sierpowym i nicość.

Z nicości wybudziło mnie zimno i czyjeś, plądrujące moją odzież łapska. Leżałem na topniejącym śniegu, przemoczone dżinsy ziębiły dodatkowo, a łeb napierdalał, jakby po nim czołg przejechał. Chciałem sprawdzić godzinę, zadzwonić po pomoc, cokolwiek. Niestety, nie miałem jak. Telefon zniknął, wraz z portfelem. Skurwiały świat.

Szczęśliwością losu, moje mieszkanie znajdowało się kilkanaście minut drogi stąd. Kasy przy sobie nie miałem, kart kredytowych również, a nie sądziłem, by taksiarz zgodził się mnie w tym stanie dowieźć do domu i zaczekać, bym wrócił do niego z zapłatą. Wyglądałem, jak ostatni żul i w dodatku obszczany.

Spokojnie szedłem w kierunku mieszkania, bez obaw o zaczepki. Odstraszałem, nie kusiłem. Widać było, że nie ma mnie na co skroić.

22:45

Po schodach wszedłem resztką sił, wpadłem do mieszkania i zamknąłem za sobą drzwi, zostawiając klucz w zamku. Po dzisiejszych wydarzeniach wolałem nie kusić już losu. Została jeszcze przeszło godzina pechowego piątku, więc na wszelki wypadek powyłączałem urządzenia z prądu i oplułem swoje odbicie w lustrze.

Dobrze, że jutro sobota. Jakoś do poniedziałku zblednie fiolet, który powoli wypełzał już pod okiem.

Piątek trzynastego. Kurwa.

Przez weekend zamarznę w nieogrzewanym mieszkaniu!

Dodaj komentarz