Pomyłka telefoniczna cz. 4

Pomyłka telefoniczna e-book romans erotyczny od Monika Liga

ROZDZIAŁ 4

Zawiozłam nas do knajpy Bombaj, mojego ulubionego miejsca. Jasne kolory wystroju, indyjskie dodatki i przede wszystkim – pyszne jedzenie. Wjechałam w obrośniętą bluszczem bramę i zaparkowałam w podwórzu. Niby centrum miasta, a jakoś inaczej tutaj było. Właściciela poznałam osobiście. Lata temu przybył do Polski za swoją miłością. Jego jeszcze wtedy nie-żona, przyjechała do Bombaju na wycieczkę. Zwiedzała, poznawała kulturę oraz ludzi, zachwycając się ich odmiennością. Jej uroda przyciągnęła uwagę Amuniego, który wraz z ojcem i starszym bratem, prowadził znaną miejscowym knajpkę. Był młodszym potomkiem, tak więc pierwszeństwo w prowadzeniu lokalu automatycznie przypadało jego bratu. Poznał Krystynę i zafascynowała go jej żywiołowa i radosna natura. Jak mawiał, wpadł po uszy w momencie, gdy zapatrzył się w błękit wielkich oczu. Nawet jej ogolona na zero głowa nie przeszkodziła mu w tym. Po dwóch tygodniach Krysia wróciła do kraju, a po kolejnych czterech Amuni spakował niezbędniki życiowe i z błogosławieństwem ojca, który stawiał więzi międzyludzkie na piedestale swych zasad życiowych, zmienił miejsce pobytu. Przyjechał do Polski szukając Krystyny. Na jego szczęście Krystyna również tęskniła, co zaowocowało płomiennym powitaniem. Efektem była ciążą, która na szczęście nie przeraziła żadnej ze stron. Naturalną koleją rzeczy, było otwarcie przez Amuniego knajpki. Miał fach w ręku i talent do czarowania przyprawami, tak więc klienci przywiązywali się do jego kuchni w ekspresowym tempie. Poznałam Krystynę i zakochałam się w jej uśmiechu. Uczucie tych dwojga widać było gołym okiem. Dla takiej miłości można przenosić góry. Ba! Nawet galaktyki!

Po roku stołowania się w Bombaju znałam każdy ze smaczków bogatego menu lokalu i miałam swoje ulubione dania. Koloryt najprostszych potraw, ryż z warzywami doprawiony bezbłędną mieszanką przypraw, drobinami warzyw i pestkami dyni oraz rodzynkami, potrafił przyprawić mnie o stan na podobieństwo ekstazy. Język doznawał olśnienia, oczy nie chciały rejestrować obrazu i przymykały się, ślina tryskała mi ze ślinianek, a nos eksplodował aromatem curry, cynamonu i innych, nieznanych mi woni.

Pewnego dnia, gdy cała sala, a właściwie trzy sąsiadujące ze sobą pomieszczenia, były całkowicie obłożone przez klientów, Amuni przywoływał mnie skinieniem śniadego palca i usadził przy maleńkim stoliczku na zapleczu kuchennym. Z początku czułam się nieswojo, widząc kucharzy uwijających się przy srebrnych garach i ogromnych patelniach. Ociekali potem i pokrzykiwali coś do siebie w niezrozumiałym dla mnie języku. Amuni wytłumaczył mi, że większość tych ludzi, to jego rodacy. Bezrobotni w swej ojczyźnie, znaleźli dzięki Amu pracę oraz nowy dom. Dom dla nas skromny, lecz dla nich pełen luksusów. Mieli miejsce do snu, kuchnię, a w niej pożywienie, łazienkę z bieżącą wodą i choć mieszkali w sześć osób w jednym mieszkanku, potrafili żyć w zgodzie. W restauracyjnej kuchni darli się na siebie i grozili sobie nożami czy chochlami. Poza tym miejscem, byli kochającymi się ludźmi.

Wszystko to objaśniał mi Amu, otwierając przy okazji oczy na odmienność innych kultur, mniejsze wymagania do stanu posiadania. Zafascynował mnie również podejściem do życiowych obowiązków. Większość moich bliskich i znajomych narzekało, chciało więcej. Zawsze pragnęli nieosiągalnego i to odsuwało od nich poczucie szczęścia. Patrzyli w przyszłość, nie dostrzegając radości, które ich otaczały. Ci ludzie tutaj nie narzekali wcale. Oni cieszyli się tym, co mają w danej chwili. Mieli obowiązki? Cieszyło ich to. Wykonywali swoją pracę sumiennie i widziałam to podczas godzin spędzonych przy mini stoliczku pod kuchenną ścianą. Pracowali z zapałem i kochali swoją rzeczywistość.

I tym razem lokal był pełen ludzi, więc Amu kiwnął jak zwykle palcem i wskazał zaplecze. Ucieszyłam się widząc, że obecność Pawła nie zmieniła niczego.

– Chodź. – Pociągnęłam oszołomiony obiekt mych sennych marzeń ku kuchni.
– Tam? – Brwi zniknęły mu pod grzywką.

Przewróciłam oczami na to idiotyczne pytanie. Naparłam swą mikro posturą na nierdzewkę drzwi i wpuściłam nas do gorącego i penetrującego nozdrza zapachami pomieszczenia. Paweł zamarł w drzwiach i wcale się takiej reakcji nie dziwiłam. Kilka niskich osób uwijało się przy lizanych językami ognia patelniach. Kilka innych szatkowało zawzięcie warzywa, ugniatało coś w przepastnych zlewach i mieszało buchające parą zawartości garów. Gdy człowiek ochłonął, mógł patrzeć na ten pokaz umiejętności zakrawających na somnambuliczny trans – w nieskończoność. Jedzenie skwierczało, płonęło, buchało oparami i kusiło apetyt, aby go zaspokoić.
Usiadłam przy stoliczku, obserwując obiekt moich westchnień z uśmiechem. W końcu się otrząsnął i klapnął po przeciwnej stronie malutkiego stoliczka, napierając na moje kolana swoimi.

– Gdzie my jesteśmy? – Rozbawił mnie teatralnym szeptem.
– Jesteśmy Pawciu na zapleczu mojej ulubionej restauracji. – Czułam się dumna, mogąc pokazać mu takie miejsce.
– Dobrze tutaj karmią? – Nie wydawał się być przekonany co do jakości tutejszego jedzenia.
– Najlepiej – powiedziałam bez zająknienia. – Pozwolisz mi zamówić?
– Jasne – odparł oszołomiony.

Tak naprawdę to nie musiałam już zamawiać. Wiedzieli co lubię i byłam pewna, że i Pawłowi to posmakuje. Wzięłam tylko poprawkę na jego zmęczenie fizyczne i domówiłam mu więcej wsadu z fasoli.
Podano nam dwa parujące talerze w kilka minut. Te minuty przemilczeliśmy wyłącznie dlatego, że moje marzenie nie potrafiło oderwać oczu od kucharzy. Ci, jakby robili pokaz, a pewnie i robili, podrzucali makaron na patelniach z akrobatyczną wręcz umiejętnością i wpuszczali ogień do wnętrza patelni, a ten buchał metr w górę. Wielki słup ognia, który wygasał po kilkunastu sekundach.

– Co nam podano? – spytał, z nieufnością wpatrując się w skromnie wyglądający posiłek.

Potrawa składała się w przeważającej części z ryżu, który uzupełniały dodatki.

– Ryż z warzywami. – Wyjaśniłam. – Zdrowe i pożywne. W sam raz dla kogoś po treningu.
– A gdzie mięso? – Skrzywił się, nie odrywając oczu od zawartości talerza. – Ja mam się tym niby najeść?!
– Spróbuj Paolo – mruknęłam, sięgając po widelec.

Miałam praktykę w jedzeniu sypkich potraw, ale on najwyraźniej nie. Wszystko, co nabierał na srebrne zęby, zsypywało mu się i pstrzyło blat naokoło. Gdy już widziałam, że traci cierpliwość i ani porcja nie trafiła do głodnego brzucha, powzięłam kroki zaradcze.

– Widelce to nasz cywilizacyjny wymysł, by nie brudzić sobie rąk. – Zaczęłam. – W wielu krajach je się palcami.

Odłożyłam widelec i nabrałam palcami jedzenie.

– Można i tak. – Przyglądał mi się, gdy nabierałam ryż między trzy palce i unosiłam go do ust.
– Spróbuj. – Zachęciłam.

Nadal nie jadł, a jedynie patrzył z powątpiewaniem na moje palcowe praktyki.

– Aleś ty zacofany i konserwatywny. – Westchnęłam i nabrałam ryż z jego talerza, a ten uniosłam do jego ust. – Za mamusię.

Nie wiedziałam, co robię. Nie pomyślałam, nim to uczyniłam. Paweł, wpatrzony w moje oczy rozchylił usta i pozwolił nakarmić siebie potrawą, lecz nie poprzestał na tym. Chwycił moją dłoń w nadgarstku i po przyjęciu części potrawy spomiędzy palców, zaczął powoli wylizywać każdy. Zamarłam zszokowana. Zszokował mnie erotyzm tego, co właśnie robił. Wpatrzony w moje oczy, lizał każdy palec z osobna, a ja zaczęłam mieć problem z oddychaniem. Wyrwałam pieszczoną dłoń. Apetyt minął, a jego miejsce zajął inny głód. Ten głód był o wiele bardziej dotkliwy. Chrobotał w podbrzuszu i krzyczał o więcej.

– Wiesz już, jak jeść – burknęłam cicho.

Byłam podniecona tą nagłą pieszczotą. Byłam głodna większej ilości tego, co poczułam dzięki palcom w jego ustach. Jak mogę zachowywać się normalnie przy facecie, który podoba mi się od dawna, jest tu właśnie teraz i w dodatku liże mi dłoń?! Jak mogę sobie nie wyobrażać innych akcji z udziałem jego języka?! Przecież to nienaturalne!

***

Ok, dziwnie się czułem, gdy mnie tutaj przyprowadziła. Knajpy znałem wyłącznie od frontowej strony, tymczasem trafiłem na zaplecze jednej z nich i w dodatku w egzotycznym wydaniu. Obcokrajowcy uwijali się, jak w ukropie, przyrządzając potrawy. Zapachy oblepiały mi twarz i penetrowały nozdrza w sposób niemożliwy do spokojnego przyjęcia. Gdy podano nam posiłek wyglądało na to, że raczej się tutaj nie najem. Jeszcze gorzej, że jedzenie nabierane widelcem nie dawało się umieścić w ustach i wtedy Martyna postanowiła mnie nakarmić palcami. W pierwszym odruchu pomyślałem, że mnie prowokuje, ale wyraz jej twarzy temu przeczył. Ona to zrobiła nieświadomie. Ja całkowicie świadomie drażniłem się z nią i jej reakcja najzwyczajniej w świecie mnie zaskoczyła. Oczekiwałem kokieteryjnego śmiechu, mrugania rzęsami lub podjęcia wyzwania, odbicia piłeczki. Ona tymczasem podnieciła się momentalnie, speszyła i zaczerwieniła, wyrwała pieszczoną rękę i udawała, że nic się nie wydarzyło. Jak bardzo odbiegało to od zachowań, które znałem u innych dziewczyn!

– Najadłem się – stwierdziłem zdziwiony, że nie spałaszowałem jeszcze nawet połowy zawartości talerza. – Bez mięsa?!
– Sądzisz, że białko zwierzęce jest cenniejszym źródłem białka, niż to warzywne? – Rozbawiłem ją najwyraźniej. – Częsty błąd w myśleniu.
– Mam rozumieć, że ty nie jesz mięsa? – Ciekawiła mnie ta istota coraz bardziej.
– Nie jem i nie cierpię z tego powodu, a wręcz przeciwnie. – Przechyliła głowę na bok, niechcący eksponując linię szyi, mój kolejny fetysz. – Teraz cię odstawię do domu i wracam do swojego, ok?
Jak to tak? Ona mnie spławia z uśmiechem?! No niedoczekanie!
– Ok, ale mam warunek. – Oparłem się wygodnie o oparcie krzesła.
– Warunek? – Zmarszczyła brwi. – Na jakiej podstawie masz zamiar stawiać warunki?
– Na podstawie braku podstawy. – Uśmiechnąłem się promiennie. – Jeśli się nie zgodzisz, to zacznę cię nękać.
– Jak? – Skrzyżowała ramiona pod piersiami.
– Bardzo.
– Dawaj ten warunek. – Przymrużyła nieufnie oczy.
– Piwo wieczorem.

Przyglądała mi się bez cienia uśmiechu. Strasznie chciałem odczytać w tym momencie jej myśli.

Dodaj komentarz