Formuła – ebook

10,00 

Beata jest singielką, ale nie cierpi z tego powodu. Nie przerażają ją nawet samotne święta. Ma plan by gotować, spędzić święta z rodzicami i ukochaną psiną. Podczas świątecznych zakupów w kolejce do kasy, staje za nią tajemniczy brunet. Ten sam mężczyzna wdziera się do jej samochodu i porywa ją, zmusza do bycia kierowcą z przymusu. Przymus bardzo szybko zmienia się w coś zupełnie innego, a Beata traci głowę i serce.

 

Opis

Siedziałam na balkonie przylegającym do kuchni ukochanego mieszkanka w kamienicy. Opatulona w ciepły koc, z kubkiem gorącego kakao wpatrywałam się w jaśniejące niebo nad dachem starego budynku. Sierp księżyca wciąż jeszcze był widoczny, a budzący się poranny błękit nieba obiecywał ładną pogodę.

Pućka, psia współlokatorka siedziała po drugiej stronie drzwi balkonowych i pełnym wyrzutu wzrokiem przypominała mi o obowiązku wyprowadzenia jej na spacer. Nie dało się jej zignorować. Pazurki, którymi co jakiś czas drapała w szybę i stemple po mokrym nosie krzyczały, że pęcherz po nocy jest przepełniony i jeśli nie ruszę tyłka, to będę ścierać kałużę z drewnianej podłogi. Westchnęłam, odstawiłam kubek na oszroniony stoliczek.

– No dobrze. – Pchnęłam drzwi, a Pućka zareagowała, wprawiając ogon w ruch. – Chodźmy na sikanie.

Okutana w długi, ciepły płaszcz, wełniany komin, którym okręciłam szyję i nakryłam głowę, plus wysokie botki skrywające nogawki piżamy w misie, zapięłam psicę na smycz i wyszłyśmy na dwór.

– Powiem ci malutka, że gdyby nie ty, ominęłoby mnie dużo z codziennego piękna. – Uśmiechnęłam się do siebie, zaciągając mroźnym powietrzem.

Pućka oczywiście zajęła się tym, po co przyszła. Przykucnęła, po czym do moich uszu dobiegł cichutki odgłos opróżnianego pęcherza. Zastygła w bezruchu ona i zastygłam w ciszy ja. Sobota rano, siódma trzydzieści i budzące się powoli do życia miasto. Gdzieś w oddali przejechało auto, drzwi klatki schodowej w budynku obok otwarły się, skrzypiąc przeciągle. Że też ktoś nie wpadnie na pomysł, żeby nasmarować zawiasy! Przecież takie cholerstwo umarłego by obudziło. A może o to właśnie chodzi, żeby mieć na oku wchodzących i wychodzących? No cóż, nie moja sprawa. Na szczęście okna mojej sypialni wychodziły na drugą stronę budynku, na park.

Spojrzałam w kierunku osoby wychodzącej z drzwi klatki schodowej, a ta pomachała mi w pozdrowieniu. No tak, Janek od psów, tak go ochrzciłam. Miał dwa spaniele, które – podobnie jak mnie Pućka – wyganiały go na poranny spacer. I tak trzy razy dziennie. Odmachałam i przewróciłam oczami widząc, że zmierza w moją stronę.

– Pućka, musi ci teraz wystarczyć tyle. – Pociągnęłam ją lekko, stwierdziwszy z ulgą, że nie ustawia się w pozycji „do kupy”. Całe szczęście, bo w roztargnieniu zapomniałam wziąć woreczek na psie „skarby” z domu. – Dam ci mięsko i mam twoje ulubione chrupki.

Psica zastrzygła uszami, sapnęła i skierowała się ku drzwiom. Włączył jej się w głowie głód i całe szczęście. To był ostatni moment, bym mogła umknąć do domu.

Zbyszek był sympatycznym chłopakiem, chyba nawet młodszym ode mnie. Zdecydowanie jednak to nie był mój typ. Zbyt miły, łagodny, bez pazura i tego czegoś, co przykuwa uwagę. Zresztą nie szukałam samca dla siebie. Po ostatnim związku wciąż czułam niesmak. Po zerwaniu dowiedziałam się, że byłam z kimś, kto nie wzbudzał we mnie mocniejszych uczuć. Ani zdrada, ani rozstanie nie wywołały u mnie silniejszych emocji. Zastanawiałam się, czy aby nie jestem bezduszną kobietą. Nieczułą i pozbawioną zdolności przeżywania czegoś głębszego. Od seksu o wiele większą radość sprawiało mi gotowanie. Czy to normalne?

Takie też miałam plany na weekend. Na wieczór byłam umówiona z mamą. Miałyśmy wekować warzywa. Rodzicielka obiecała nauczyć mnie sztuczek, które przekazała jej babcia. To przy okazji takich spotkań w kuchni poznawałam rodzinne historie. Nawet robiłam notatki, planując spisać je kiedyś, połączyć w całość dla potomności.

W mieszkaniu nakarmiłam psicę, nasypałam jej pełną miskę chrupek, wymieniłam wodę na świeżą. Śniadanie postanowiłam odłożyć na później. Zamiast tego zrobię szybkie zakupy spożywcze, które wieczorem podyktowała mi przez telefon mama. Spojrzałam na listę.

– Kora cynamonu, goździki, ocet jabłkowy, cukier – odczytywałam produkty z przyklejonej na łazienkowym lustrze karteczki. – Przy okazji zrobię zaopatrzenie własnej lodówki.

Równocześnie starałam się rozczesać splątane po nocy włosy. Nauczyłam się kochać ich skręcone loczki. Latami walczyłam z nimi przy pomocy prostownicy, ale zawsze byłam na przegranej pozycji. Mogłam spalić włosy, prostując je przez godzinę, lecz wystarczyła odrobina wilgoci w powietrzu, a cały mój wysiłek trafiał szlag.

Pewnego dnia postanowiłam przestać się frustrować i zaakceptowałam to, co dała mi natura. Dotyczyło to całej mnie: dużej pupy, dużych piersi i dużej ilości kręconych włosów na głowie. Dzień ten nadszedł, gdy odkryłam, że mój były doprawia mi rogi. Z kim? Z moją byłą przyjaciółką. Tą samą, która od zawsze zazdrościła mi wszystkiego: talentu do gotowania, samodzielności i posiadania własnościowego mieszkania, super rodziców, a w końcu cycków i włosów. O pupie też coś wspominała.

Jak odkryłam zdradę? Po czasie doszłam do wniosku, że to nie ja ją odkryłam, lecz zostałam na nią sprytnie naprowadzona. Miałam odwiedzić Kaśkę, toteż zaopatrzona w butelkę wina i pojemnik z leczo własnej roboty zastukałam do drzwi jej mieszkania. Jej i rodziców, z którymi mieszkała. Chciałam spotkać się u mnie, bo taki miałyśmy zwyczaj. Nocne pogaduchy przy kominku z kieliszkiem wina i miską parującego gulaszu czy co tam w danej chwili było na mojej kulinarnej tapecie. Pomyślałam, że może chce mi pokazać jakąś niespodziankę i dlatego woli spotkać się w mieszkaniu rodziców. Nie rozczarowałam się, bo faktycznie zgotowała mi spore zaskoczenie. Otworzyła drzwi, odziana jedynie w męską koszulkę. Poznałam ją od razu, bo sama sprezentowałam ją Zbyszkowi. Wino wyśliznęło się spomiędzy palców i spadło, roztrzaskując się na posadzce przed drzwiami mieszkania Kaśki. Bąknęłam przeprosiny, nie potrafiąc oderwać wzroku od nieszczęsnej koszulki. Może i dobrze, bo pewnie zobaczyłabym w jej oczach coś wstrętnego. Zrobiłam krok w tył i to wtedy zza framugi drzwi wyjrzała głowa Zbyszka. Był rozczochrany i pewnie zaskoczony nie mniej niż ja. Chciał coś powiedzieć, postąpił kilka kroków w przód, ale powstrzymała go nagość, której nie mógł przecież wytłumaczyć. Wszystko było jasne.

– Sorry za bałagan. – Przeniosłam wzrok na Kaśkę. – Będziesz musiała posprzątać. – W oczach Kaśki poczucie winy mieszało się z czymś na kształt triumfu. Franca jedna. – A tutaj macie jedzenie. Niech się nie zmarnuje. – Wyciągnęłam pojemnik z leczo w jej kierunku. – Po seksie chce się jeść, a jak wiemy, nie jesteś biegła w kuchni.

Wepchnęłam jej pudełko z jedzeniem w dłoń i zostawiłam zaskoczoną, odwracając się na pięcie. Zachowałam się wrednie, ale byłam dotknięta zdradą. Dopiero później dotarła do mnie perfidia planu Kaśki. Taką pizdą to się trzeba urodzić.

To tamtego dnia doszłam do wniosku, że jestem nieczuła i coś takiego jak zdrada ledwie mnie obeszło. Zdrada i podwójna strata. W jednej chwili z mojego życia zniknął mężczyzna i przyjaciółka. Oboje okazali się fałszywi, choć może to ja nie dostrzegałam czegoś ważnego? Przetasowaliśmy się i każdy wyszedł na tym dobrze. Tak to sobie tłumaczyłam.

Tamtego dnia też zaakceptowałam siebie stwierdzając, że próby dopasowania się do męskich wyobrażeń Zbyszka nic nie dały. Prostowanie włosów, bo podobają mu się właśnie takie i odchudzanie się, bo mam za dużo ciała? Może kiedyś tak myślałam, ale na pewno nie teraz. Dziś lubiłam skręcone szaleństwo na swojej głowie i nadmiary tu i ówdzie. Polubiłam również coś, co inni nazwaliby samotnością. Nie czułam się samotna, było mi dobrze. Miałam rodziców, Pućkę i kilkoro znajomych. Jeśli kiedyś zatęsknię za mężczyzną, to znajdę sobie odpowiedni egzemplarz. Teraz nie tęskniłam. Może tylko za seksem, ale i w tej sferze życia radziłam sobie samodzielnie i jak na razie mi wystarczało.

***

Niestety, mimo wczesnej pory parking przed centrum handlowym był już zatłoczony. Krążyłam dobre pięć minut, nim udało mi się wbić w przestrzeń między samochodami. Było trochę wąsko, przez co rozgniotłam biust o szybę auta, próbując wydostać się z miejsca kierowcy tak, by nie uderzyć drzwiami w te od strony pasażera auta obok.

– Kurwa mać – warczałam pod nosem. – Że też ludzie nie potrafią normalnie zaparkować. – Koła sąsiada stały na linii wyznaczającej obszar parkowania. – Kupię w necie karne kutasy i będę oklejać takim cymbałom przednią szybę!

Nie raz tak się odgrażałam, ale jakoś nigdy nie zrealizowałam groźby.

W centrum handlowym skierowałam się wprost do marketu, a tam do działu z przyprawami. Po drodze wrzuciłam do wózka bagietkę, butelkę wina, paczkę wędlin i kilka rodzajów serów. Wieczorem po powrocie od rodziców zrobię sobie rozpustny wieczór z deską serów i wędlin, a do tego film i lampka wina. Później długa kąpiel i dopieszczenie własnego ciała. Czym? Kosmetykami, masażem i orgazmem. Po niedzieli czeka mnie powrót do pracy, więc domowe spa w sobotę wieczorem będzie jak najbardziej na miejscu.

Stanęłam w kolejce do kasy. Długi ogonek ludzi z koszykami załadowanymi masą zapasów, jakby już jutro zaczynały się święta. Moje zakupy ewidentnie świadczyły o byciu singelką. Co z tego? Przynajmniej z dobrym gustem kulinarnym.

– No i nad czym się pani modli? – Dobiegło mnie z początku kolejki. – Jutro jest niedziela, to pójdzie pani do kościoła. Śpieszy mi się, więc może i pani by się pośpieszyła!

Wychyliłam się, żeby dojrzeć awanturnika. Korpulentny jegomość o czerwonej z podekscytowania twarzą pieklił się, poganiając kasjerkę.

– Bardzo mi przykro, ale kod produktu nie wchodzi na kasę. – Kasjerka z telefonem przy uchu ze stoickim spokojem tłumaczyła oczywistość. Współczułam kobiecie i równocześnie ją podziwiałam. Ja bym chłopa pogoniła szczotką do mycia ubikacji, której kod nie dał się nabić do systemu sprzedażowego. – Chyba że pan zrezygnuje z tego przedmiotu?

– To, że macie burdel, to nie moja sprawa! – fuknął, prawie opluwając się przy okazji. – Niech mi pani wezwie kierownika!

– Panie, uspokój się pan – parsknął stojący przede mną mężczyzna. – Zamiast szczotki do sracza kup se pan pół litra. Lepiej panu zrobi.

– Sam sobie pan kup pół litra! – Awanturnik spąsowiał na twarzy jeszcze bardziej.

– Kupiłem, ale się z panem nie podzielę – odparował ten drugi. – A pan niech idzie dokuczać swojej babie, chyba że to przez nią wyżywa się pan na kasjerce?

Kolejka zafalowała, ktoś parsknął, inny skomentował sytuację. Awanturnik zacisnął usta w wąską linię i w milczeniu ładował zakupy do koszyka. Z rozkoszą zarejestrowałam fakt, że na kratce jajek położył zgrzewkę wody mineralnej. Cóż, będziesz pan miał jajecznicę z dwudziestu jajek. Żona na pewno się ucieszy. To za karę i na dowód, że karma wraca. Czasami w ciągu kilku minut.

Kolejka ruszyła do przodu, przesunęłam się i ja. Już miałam wykładać produkty na taśmę, gdy do moich nozdrzy dobiegł upajający zapach perfum. Mieszanka tak cudowna, że mogłabym się w niej kąpać niezależnie od tego, czy były to perfumy damskie czy męskie. Zresztą nigdy nie przejmowałam się przyporządkowaniem danych perfum do płci. Zazwyczaj używałam uniseksów albo właśnie męskich. Teraz namierzyłam swoje nowe ulubione.

Zaciągnęłam się i badając aparatem węchu otoczenie, szukałam właścicielki bądź właściciela rozkosznej woni. Znajdę, zapytam o markę, a wieczorem sobie takie zamówię.

Źródło zapachu stało za mną. Był to wysoki, ubrany w elegancki płaszcz, cholernie przystojny mężczyzna. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy patrzył mi wprost w oczy, w wyniku czego zapomniałam, o co chciałam zapytać. Zapatrzyłam się w ciemnie tęczówki, zaciągnęłam upoją wonią i zostałam na wdechu.

Informacje dodatkowe

Format

Ebook (pdf, epub, mobi)

ISBN

– EPUB 978-83-66680-25-8
– MOBI 978-83-66680-26-5
– PDF 978-83-66680-27-2

Ilość stron

66