Psychol cz. 10

Po chwilowej przerwie wracam do publikacji 馃檪 Oby ju偶 bez przerw 馃榾

Rozdzia艂 10

Zaparkowa艂 przed przedszkolem na ulicy I艂艂akowicz贸wny w miejscu, kt贸re mu wskaza艂a. Zdawa艂 sobie spraw臋 z tego, 偶e wszystko co robi艂 od momentu poznania jej, jest pozbawione planu, o kt贸ry opiera艂 ca艂e swoje doros艂e 偶ycie. Teraz by艂 nieostro偶ny, bo przecie偶 powinien by艂 j膮 zawie藕膰 na dworzec kolejowy. Tam wysadzi艂by dziewczyn臋, po偶egna艂 si臋 i nigdy wi臋cej nie spotka艂 tej, kt贸ra rozpierdoli艂a jego pouk艂adanie.

– Dzi臋kuj臋.

Ciche s艂owa Marty by艂y nie na miejscu. Dzi臋kowa艂a, chocia偶 to on powinien prosi膰 j膮 o wybaczenie i dzi臋kowa膰 za to, 偶e nie traktuje go jak potwora. By艂 potworem i nie 艂udzi艂 si臋, 偶e jest inaczej. Zdecydowa艂 si臋 na tak膮 drog臋 w 偶yciu i 艣wiadomie j膮 wybra艂.

Czu艂, 偶e powinien j膮 przeprosi膰, czy raczej spr贸bowa膰 cho膰 odrobin臋 odkupi膰 swoje winy. Wiedzia艂 jednak, 偶e nie jest takim typem cz艂owieka. Wola艂 ju偶 jej nie spotka膰, spr贸bowa膰 zapomnie膰 o ca艂ym tym chorym zaj艣ciu i pouk艂ada膰 偶ycie wed艂ug utartych schemat贸w. Praca zgodnie z planem i 偶ycie podporz膮dkowane pracy. Bez niespodzianek i ulegania podszeptom instynkt贸w.

Przez chwil臋 siedzia艂a, trzymaj膮c d艂o艅 na klamce i przygl膮daj膮c mu si臋, jakby na co艣 czeka艂a. Widzia艂 to w jej oczach, ale modli艂 si臋, by nie zada艂a mu pytania, czy jej pomo偶e. Nie chcia艂 pomaga膰, ani pl膮ta膰 si臋 w jej 偶ycie. Nie z poczucia winy, a innego powodu nie widzia艂.

Zauwa偶y艂 gasn膮c膮 nadziej臋 i smutek, kt贸ry przygasi艂 miodowe spojrzenie. Westchn臋艂a g艂臋boko, poci膮gn臋艂a klamk臋 i wysz艂a z auta, zatrzaskuj膮c za sob膮 drzwi. Bez s艂owa, pytania i proszenia go o przys艂ug臋 i pomoc. Tak, jak tego chcia艂 鈥 zostawi艂a go w spokoju. Rozejrza艂a si臋 przed wej艣ciem na drog臋, przebieg艂a j膮, drobi膮c kroczki w wysokich szpilkach, po czym szybkim krokiem pokona艂a odleg艂o艣膰 dziel膮c膮 j膮 od wej艣cia do kamienicy. Nie obejrza艂a si臋 w jego kierunku, nie zatrzyma艂a. Po prostu znikn臋艂a za drzwiami, a wtedy wrzuci艂 pierwszy bieg i ruszy艂 ku wyjazdowi z w膮skich osiedlowych uliczek.

– Kurwa ma膰! – krzykn膮艂, zaciskaj膮c palce na kierownicy. – Kurwa! Kurwa! Kurwa!

Krzycza艂, dysz膮c i dociskaj膮c peda艂 gazu. Wjecha艂 na 艢rednic贸wk臋. Musia艂 porzuci膰 auto jak najbli偶ej miejsca, w kt贸rym je ukrad艂. Tak b臋dzie najbezpieczniej, bo b臋dzie wygl膮da艂o, jakby jacy艣 g贸wniarze po偶yczyli je sobie do przeja偶d偶ki. Wr贸ci taks贸wk膮. Pojedzie do mieszkania i pomy艣li, co zrobi膰 z ca艂膮 t膮 sytuacj膮.

Teraz blokowa艂 my艣li, kt贸re chcia艂y rozsadzi膰 mu czaszk臋. Szala艂y, przywodz膮c przed oczy obrazy. Delikatn膮, okolon膮 jasno br膮zowymi w艂osami twarz. Niewinn膮, cho膰 tak pi臋kn膮 i zmys艂ow膮. Drobne i r贸wnie delikatne cia艂o. To, kt贸re wzi膮艂 si艂膮 z takim impetem.

– Nie b臋d臋 o tym my艣la艂 鈥 mrucza艂 pod nosem, wje偶d偶aj膮c na parking, z kt贸rego ukrad艂 samoch贸d. – Nie b臋d臋 si臋 obwinia艂. Zapomn臋 o niej!

Zaparkowa艂 na drugim ko艅cu parkingu, po czym zdj膮艂 nog臋 ze sprz臋g艂a, nie wrzucaj膮c na luz. Samochodem szarpn臋艂o, silnik zgas艂. Piotr rozejrza艂 si臋 po wn臋trzu pojazdu. Nie zostawili 艣lad贸w, je艣li nie liczy膰 masy odcisk贸w palc贸w, ubytku paliwa w baku i zu偶ytych chusteczek na gumowym dywaniku po stronie pasa偶era. Piotr si臋gn膮艂 po chusteczki, zgni贸t艂 je w d艂oni w kulk臋 i wcisn膮艂 do kieszeni. Szybko opu艣ci艂 samoch贸d, stawiaj膮c ko艂nierz p艂aszcza. Cieszy艂 si臋, 偶e akurat zacz臋艂o pada膰. Ludzie umykali pod daszki ty艂u dworca, nikt nie przygl膮da艂 mu si臋 tym bardziej, 偶e pochyli艂 si臋 i pobieg艂 ku stoj膮cej opodal taks贸wce.

– Prosz臋 do Katowic 鈥 rzuci艂 bez powitania, wsiadaj膮c na tyln膮 kanap臋. – Ulica PCK.

Taks贸wkarz skin膮艂 w odpowiedzi g艂ow膮, odpali艂 silnik i ruszy艂, w艂膮czaj膮c si臋 do ruchu drogowego.

Dla wszech艣wiata nie zmieni艂o si臋 nic. Dzie艅 up艂ywa艂 i chyli艂 si臋 ku ko艅cowi. Porywane silnymi powiewami wiatru li艣cie wirowa艂y w powietrzu, przestraszone ptaki chowa艂y si臋 w kronach drzew, w przestrzeniach pod daszkami budynk贸w i gdzie tylko znalaz艂y schronienie. Chmury przes艂oni艂y s艂o艅ce i wszystko dzia艂o si臋 tak, jak dzia膰 si臋 powinno. Dzie艅 up艂ywa艂, czas r贸wnie偶 i tylko powsta艂o co艣, czego nie by艂o dot膮d we wszech艣wiecie. By艂a to w膮t艂a ni膰, kt贸ra po艂膮czy艂a dwie samotne dusze. Delikatna, krucha, ale mimo napi臋cia, nie p臋ka艂a. Jej obecno艣膰 czu艂y dwie osoby, cho膰 偶adna z nich nie rozumia艂a tego, co si臋 wydarzy艂o. Piotr jecha艂 do swojego mieszkania z zamiarem zapomnienia o swojej pomy艂ce, pewien tego, 偶e wyma偶e j膮 w ko艅cu z pami臋ci. Marta smutna, rozbita i niepewna tego, czy przedziwne spotkanie wp艂ynie na jej przysz艂o艣膰, zmieni bieg przysz艂ych wydarze艅. Ni膰 po艂yskiwa艂a srebrzystym eterem. Niewidocznym dla wi臋kszo艣ci, ale wieczna, jak trawa.

***

– Gdzie by艂a艣? – Tu偶 po przekroczeniu progu Tadek dopad艂 Mart臋 i obchodz膮c j膮 naoko艂o, ogl膮da艂 ze wszystkich stron. – Nie dawa艂a艣 znaku 偶ycia! My艣la艂em, 偶e co艣 ci si臋 sta艂o!

– Przepraszam 鈥 w odpowiedzi u艣miechn臋艂a si臋 blado. – Nie mog艂am. Zosta艂am przy艂apana na gor膮cym uczynku.

– Jak to?! 鈥 wyszepta艂 przej臋ty Tadeusz. – Ten m艂ody go艣ciu zauwa偶y艂, co chcesz mu zrobi膰?

– Tak. – Postanowi艂a jak naj艣ci艣lej trzyma膰 si臋 prawdy, pomijaj膮c najistotniejsze elementy spotkania z Piotrem i przemilcze膰 wi臋kszo艣膰 tego, co mi臋dzy nimi zasz艂o. O podr贸偶y do domku w lesie nie zamierza艂a nawet wspomnie膰. – Ale obieca艂 zapomnie膰 o tym, je艣li sp臋dzimy troch臋 czasu razem.

– I zgodzi艂a艣 si臋. – Spojrzenie Tadka przygas艂o, ekscytacj臋 wywo艂an膮 jej powrotem, przygasi艂o rozczarowanie. – I posz艂a艣 z nim.

– Tak, bo to by艂o najrozs膮dniejsze 鈥 potwierdzi艂a z u艣miechem, pozwalaj膮c by reszt臋 sobie dopowiedzia艂. – No i wysz艂o dobrze, a teraz jestem z powrotem ca艂a i zdrowa 鈥 zako艅czy艂a unosz膮c d艂onie, mrugaj膮c do niego zawadiacko, po czym odwiesi艂a na wieszaku p艂aszcz i zrzuciwszy w przedpokoju buty, skierowa艂a si臋 do kuchni. – Oddam skalp za mocn膮 herbat臋. Od wczoraj nie mia艂am nic w ustach.

– Czy偶by? – sarkn膮艂 Tadeusz, id膮c za Mart膮 do kuchni. – Z tego co m贸wisz, wygl膮da 偶e jednak by艂o inaczej.

Za艣mia艂a si臋, si臋gaj膮c po czajnik. Nala艂a wody, za艂膮czy艂a go i si臋gn臋艂a po ulubiony kubek i saszetk臋 mocnego Earl Greya. Postanowi艂a nie wyprowadza膰 Tadka z b艂臋du, pozwalaj膮c mu snu膰 wyobra偶enia o tym, co dzia艂o si臋 w nocy, gdy nie by艂o jej w domu. Zna艂 j膮 i wiedzia艂, 偶e nie spotyka艂a si臋 z m臋偶czyznami. Nie by艂a g艂upia i widzia艂a, 偶e si臋 w niej zadurzy艂 i pewnie my艣la艂, 偶e wsp贸lne mieszkanie zaowocuje tym, 偶e w ko艅cu b臋d膮 par膮, albo chocia偶 przypiecz臋tuj膮 wsp贸lne 偶ycie przyjacielskim seksem. Tak naprawd臋 Tadek zna艂 j膮 na tyle, na ile pozwoli艂a mu si臋 pozna膰.

呕yli pod jednym dachem od momentu, gdy spotka艂a go na katowickim dworcu kolejowym. Przysypia艂 na siedz膮co na dworcowym sto艂eczku, gdy tymczasem Marta sz艂a do pracy w jednym z butik贸w w Galerii Katowickiej.

– Tadek? – Podesz艂a do niego, potrz膮sn臋艂a za rami臋, nie wierz膮c, 偶e widzi koleg臋 ze szkolnej 艂awki.

– Cze艣膰, Marta. – U艣miechn膮艂 si臋, przecieraj膮c zaspane oczy.

– Co tu robisz? – Przyjrza艂a si臋 si艅cowi pod lewym okiem, w膮tpliwie zdobi膮cym r贸wnie偶 cz臋艣膰 policzka.

– Pr贸buj臋 odpocz膮膰. – Wzruszy艂 ramionami, u艣miech na jego twarzy zgas艂.

Widzia艂a, 偶e jest zak艂opotany.

– Ojciec? – zapyta艂a domy艣lnie, pami臋taj膮c 偶e w szkole jego twarz cz臋sto nosi艂a 艣lady przemocy domowej.

– Niestety 鈥 westchn膮艂, opuszczaj膮c g艂ow臋.

– Chod藕. – Wyci膮gn臋艂a r臋k臋, Tadek odruchowo zacisn膮艂 palce na jej d艂oni. – Odprowadzisz mnie kawa艂ek. Id臋 do pracy.

Z oci膮ganiem podni贸s艂 si臋 i przeci膮gn膮艂, prostuj膮c plecy.

– A ty masz prac臋? – zagadn臋艂a, gdy weszli na teren galerii.

By艂a dziewi膮ta rano, otwarto ju偶 wi臋kszo艣膰 sklep贸w i kawiarni. Przechodz膮c obok jednej z nich, zapach kawy owion膮艂 ich, Tadkowi w odpowiedzi zaburcza艂o w brzuchu.

– Mo偶e dasz si臋 zaprosi膰 na kaw臋? – Wskaza艂 wn臋trze lokalu. – Stawiam! Pracuj臋, wi臋c mog臋. – Wyszczerzy艂 z臋by w u艣miechu.

– Gdzie pracujesz? – Zainteresowa艂a si臋. Nie z grzeczno艣ci, po prostu upewnia艂a si臋, 偶e pomys艂 na kt贸ry w艂a艣nie wpad艂a, jest rozs膮dny.

Zna艂a Tadeusza od czas贸w przedszkola i wiedzia艂a, 偶e jest dobrym cz艂owiekiem. Nieszcz臋艣liwym, ale to przez rodzin臋, w jakiej si臋 urodzi艂. Ona i Sara mia艂y szcz臋艣cie, 偶e babcia zabra艂a je z r贸wnie popieprzonego domu. Tadek nie raz sypia艂 u nich i dzia艂o si臋 tak dlatego, 偶e babcia mia艂a wielkie serce i wielokrotnie nam贸wi艂a kilkunastoletniego Tadka, by zosta艂 u nich na noc. Ten godzi艂 si臋 mimo, 偶e ka偶dorazowo zbiera艂 za to p贸藕niej w domu manto od ojca.

– Pracuj臋 na gie艂dzie warzywnej. – Wskaza艂 g艂ow膮 w nieokre艣lonym kierunku. – Mam nocne zmiany. Sko艅czy艂em o pi膮tej i鈥 – westchn膮艂, przerywaj膮c.

– Ogrzewasz si臋 w miejscu, gdzie jest spokojnie? – doko艅czy艂a domy艣lnie.

– Tak. – Wbi艂 d艂onie w kieszenie, spuszczaj膮c wzrok na swoje sfatygowane buty, zatrzymuj膮c si臋 przed jedn膮 z wystaw sklepowych. – Staremu ju偶 tak wali na dekiel w贸da, 偶e miesza mu si臋 wszystko.

– I bije was? – Marcie kraja艂o si臋 serce. Lubi艂a Waldka i wiedzia艂a, 偶e to jeden z najlepszych ludzi, jakich zna艂a.

– Bije mnie. – Wzruszy艂 ramionami z udawan膮 nonszalancj膮. – M贸g艂bym mu odda膰, ale wtedy pewnie zabra艂by si臋 za m艂odsze rodze艅stwo, albo za matk臋.

– Masz. – Z kieszeni torebki wyci膮gn臋艂a plik kluczy, przypi臋tych do plastikowego breloka w kszta艂cie serca. – Id藕 do mojego mieszkania.

– Ale鈥

– Babcia jest dzisiaj i jutro u siostry na wsi 鈥 przerwa艂a mu, wciskaj膮c w szorstk膮 d艂o艅 p臋k podzwaniaj膮cy kluczami. – W lod贸wce jest potrawka babci, wi臋c zjedz j膮. Wiesz, jak nie lubi, gdy si臋 marnuje jedzenie, a ja nie dam rady przeje艣膰 tego, co ona zawsze ugotuje. Jakby my艣la艂a, 偶e mam pi臋膰 偶o艂膮dk贸w 鈥 za艣mia艂a si臋, nie daj膮c Tadkowi czasu na zaprotestowanie. – Prze艣pij si臋, napal w piecu i je艣li zd膮偶ysz, to wynie艣 prosz臋 popi贸艂, bo nie zd膮偶y艂am tego zrobi膰. Nic si臋 nie stanie, je艣li nie wr贸cisz dzisiaj do domu.

– Nie mam ubra艅 na zmian臋 鈥 protestowa艂 s艂abo, ale Marta widzia艂a, 偶e jest jej wdzi臋czny za propozycj臋.

– Wskoczysz do siebie przed prac膮 i si臋 przebierzesz. – Przechyli艂a g艂ow臋, po czym wymierzy艂a mu pieszczotliwego kuksa艅ca. – A teraz zmykaj, bo szkoda czasu na gadanie, skoro mo偶esz w tym czasie pospa膰. B臋d臋 w domu ko艂o siedemnastej, to ci臋 obudz臋. Teraz ja zaczynam prac臋.

Teraz patrzy艂a na Tadka, kt贸ry by艂 zupe艂nie innym, ni偶 tamten zm臋czony i regularnie krzywdzony przez ojca pijaka, ch艂opakiem. Spokojny, pewny siebie i zaradny 偶yciowo. Tak on, jak i Marta mieli prac臋, do kt贸rej oficjalnie chodzili. Skoki na frajer贸w, sta艂y si臋 ich sposobem na zdobywanie ekstra got贸wki. Tadek pomaga艂 mamie i m艂odszemu rodze艅stwu, od kt贸rego si臋 wyprowadzi艂. Tak by艂o wygodniej zwa偶ywszy fakt, 偶e dot膮d w sz贸stk臋 zajmowali pi臋膰dziesi臋ciometrow膮 ruder臋. Ojciec zgin膮艂 w wypadku, gdy wracaj膮c do domu w pijackim amoku, po艣lizn膮艂 si臋 na oblodzonych schodach przed kamienic膮. Uderzy艂 g艂ow膮 o chodnik na tyle nieszcz臋艣liwie, 偶e nim s膮siadka znalaz艂a go rano, wychodz膮c z psem na poranny spacer, krew z rany zd膮偶y艂a zamarzn膮膰 w brudnym 艣niegu. Nikt nie p艂aka艂 po sady艣cie, nikomu go nie by艂o szkoda. Snuto domys艂y, 偶e by膰 mo偶e kto艣 mu pom贸g艂 w przewr贸ceniu si臋, by uwolni膰 si臋 od sadystycznego ochlaptusa. Nikt jednak nie zapyta艂 o to na g艂os rodziny, ani nie zap艂aka艂 na jego pogrzebie nad grobem.

– Tadziu, id臋 spa膰. – Marta z kubkiem herbaty powlok艂a si臋 w kierunku swojego pokoju.

Mieszkanie po babci by艂o du偶e, a raczej ogromne. Prawie sto pi臋膰dziesi膮t metr贸w powierzchni, a korzystali zaledwie z dw贸ch pokoi, kuchni i 艂azienki, oraz ubikacji. Reszta pomieszcze艅 by艂a pusta, ale nie zamierzali ich nikomu wynajmowa膰. Z dw贸ch wyp艂at 偶y艂o im si臋 wygodnie, a ponad wszystko cenili spok贸j i wygod臋.

– Czy偶by艣 musia艂a odespa膰 noc? – W g艂osie Tadka s艂ysza艂a nuty irytacji.

– Dok艂adnie tak 鈥 ziewn臋艂a przeci膮gle zaskoczona tym, 偶e mimo nat艂oku prze偶y膰, kt贸re sta艂y si臋 jej udzia艂em, czu艂a zm臋czenie, senno艣膰 i marzy艂a jedynie o tym, by po艂o偶y膰 si臋 spa膰.

Umyj臋 si臋 p贸藕niej 鈥 mrukn臋艂a do siebie pod nosem zdziwiona tym, 偶e zamierza po艂o偶y膰 si臋 do 艂贸偶ka, nie zmywszy z siebie dotyku Piotra. Dotyku, a przede wszystkim tego, co na niej i w niej zostawi艂 dzikim wtargni臋ciem w jej niewinno艣膰. – Ale to p贸藕niej.

Pi臋膰 minut p贸藕niej ubrana w czyste majtki i cienk膮 bawe艂nian膮 koszulk臋 wsun臋艂a si臋 pod ch艂odn膮 ko艂dr臋, a po kolejnych pi臋ciu spa艂a. Nie 艣ni艂o jej si臋 nic.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. M.

    Czy mo偶emy liczy膰 na jeszcze jeden ?
    Jesem ciekawa jak potocz膮 si臋 ich losy…

    1. Monika Liga

      Prosz臋 uprzejmie 馃檪

Dodaj komentarz