Psychol cz. 11

To jeszcze jeden odcinek dzisiaj 馃榾

Rozdzia艂 11

Piotr po powrocie do domu przyst膮pi艂 do planu naprawczego, maj膮cego na celu powr贸t do normalno艣ci. Szybki prysznic, nast臋pnie morderczy trening w domowej si艂owni. Dziesi臋膰 kilometr贸w w kilkunastostopniowym pochyle na bie偶ni, a nast臋pnie seria 膰wicze艅 na maszynach, a wszystko po to, by wyrzuci膰 z pami臋ci spojrzenie miodowych oczu Marty.

Po dw贸ch godzinach zm臋czony, spocony i o wiele spokojniejszy wszed艂 pod ciep艂e strumienie wody, by zmy艂y napi臋cie prze偶y膰 ostatnich godzin. Z zamkni臋tymi oczami i twarz膮 skierowan膮 ku deszczownicy, napawa艂 si臋 rozlu藕nieniem, jakie powoli ogarnia艂o jego cia艂o.

– C贸偶 za g艂upie zdarzenie 鈥 mrucza艂 pod nosem, pieni膮c w艂osy ulubionym szamponem. – Takie g艂upie i bezowocne. By艂o, min臋艂o. Rano obudz臋 si臋, a to wszystko b臋dzie wspomnieniem, niczym z艂y sen.

Z biodrami owini臋tymi r臋cznikiem i w otoczeniu nastrojowych d藕wi臋k贸w jazzu, p艂yn膮cych z g艂o艣nik贸w zawieszonych pod sufitem, skierowa艂 kroki do kuchni. Szklanka soku wyci艣ni臋tego z czerwonych pomara艅czy, jajecznica z dw贸ch jaj i kromka chleba razowego, stanowi艂y zdrow膮 kolacj臋 po treningu. Czu艂, jak drobnymi kroczkami nadchodzi senno艣膰. By艂 wiosenny wiecz贸r i ch艂贸d wci膮偶 jeszcze nadci膮ga艂 ze zmrokiem. Piotr otuli艂 si臋 mi臋kkim szlafrokiem i wyszed艂 na taras, by dope艂ni膰 kolejny ze swoich rytua艂贸w. Odpali艂 gazow膮 lamp臋 grzewcz膮 i z kubkiem herbaty zio艂owej usiad艂 pod wieczornym, szarzej膮cym niebem na wygodnym, wiklinowym le偶aku. I tutaj dociera艂y do niego d藕wi臋ki jazzu, dzi臋ki umiej臋tnie rozmieszczonym g艂o艣nikom.

Obserwowa艂 niebo, kt贸re ciemniej膮c, zmienia艂o kolory od jasnego be偶u, przez szaro艣膰 z pasmami purpury, a偶 po granat. Nie widzia艂 gwiazd, ale mieszka艂 w centrum miasta, gdzie 艣wiat艂a nie pozwala艂y na dotarcie w膮t艂emu b艂yskowi planet, zag艂uszane miejsk膮 jasno艣ci膮.

Nap艂yn臋艂a niechciana my艣l, gdy przypomnia艂 sobie wyraz twarzy Marty w momencie, gdy zachwyci艂a si臋 widokiem w lesie. On sam nigdy nie zwr贸ci艂 uwagi na co艣 tak banalnego. Wola艂 miasto. By艂o wygodniejsze, bardziej przewidywalne i dobrze mu znane. Piotr nie lubi艂 nieznanego. Zbyt wiele zmiennych utrudnia艂o przewidzenie nast臋pstw.

Dopi艂 herbat臋, kubek wstawi艂 do zmywarki, po czym uda艂 si臋 na zas艂u偶ony odpoczynek. Spa艂 g艂臋bokim, pozbawionym sn贸w snem.

***

Poniedzia艂kowy ranek Marta zacz臋艂a zwyczajnie. Poranny Earl Grey, do tego nale艣nik z owocami na 艣niadanie.

Zazwyczaj mija艂a si臋 z Tadkiem w progu kuchni. On szed艂 spa膰 po nocce na gie艂dzie warzywnej, ona zaczyna艂a w艂a艣nie dzie艅. Tadek od lat trwa艂 w tej samej pracy i z sta艂 si臋 praw膮 r臋k膮 i najwa偶niejszym pracownikiem w艂a艣cicieli. Lubi艂 to zaj臋cie, a dodatkowymi profitami by艂 nadmiar 艣wie偶ych owoc贸w i warzyw, kt贸re przynosi艂 do domu. Lekko uszkodzone, czasami ciut przywi臋dni臋te, albo zbyt dojrza艂e, na granicy przydatno艣ci. To dzi臋ki temu oboje niewiele wydawali na jedzenie i w g艂贸wnej mierze od偶ywili si臋 zdrowo.

Dzi艣 Tadeusz przywita艂 j膮, ziewaj膮c przeci膮gle.

– Co tam, ma艂a? – Zakry艂 usta, ale zd膮偶y艂o jej si臋 udzieli膰 i odpowiedzia艂a ziewni臋ciem.

– A dzi臋kuj臋, wyspa艂am si臋. – Od艂o偶y艂a talerz do zmywarki, dopi艂a ostatni 艂yk herbaty. – A u ciebie?

– Spoko. – Zsun膮艂 z patelni przygotowane przez Mart臋 nale艣niki, obok wkroi艂 banana i dosypa艂 gar艣膰 jag贸d. – Dzisiaj przynios艂em truskawki. We藕 dziewczynom do pracy, to si臋 uciesz膮.

– Wspaniale! – Klasn臋艂a w d艂onie czuj膮c, 偶e do ust nap艂ywa jej 艣lina na sam膮 my艣l o soczystych, niedost臋pnych jeszcze owocach. – Dzi臋kuj臋. Pewnie dostaniesz co艣 w zamian.

– Nie trzeba. – Klapn膮艂 ci臋偶ko na krzes艂o przy stole, po czym pochyli艂 si臋 nad jedzeniem.

To by艂 kolejny ze sta艂ych element贸w ich wsp贸lnego 偶ycia. Ona zanosi艂a do pracy nadmiary owocowo warzywne, a ucieszone dziewczyny odwdzi臋cza艂y si臋 kosmetykami dla jego si贸str, czy mamy.

Marta pracowa艂a w salonie kosmetycznym z drogimi, markowymi produktami. By艂a 艂adna, mia艂a 艣wie偶膮 cer臋, umia艂a si臋 u艣miecha膰 i szybko nawi膮zywa艂a rozmow臋 z klientem. To wystarczy艂o, by po kr贸tkim okresie pr贸bnym zosta艂a przyj臋ta, ubrana w zgrabny mundurek i oznaczona tabliczk膮 z imieniem, przypi臋t膮 na piersi. Reszty j膮 nauczono. Umia艂a doradzi膰 i dobra膰 klientce podk艂ad, cienie do powiek i puder, jak r贸wnie偶 pokaza膰 przed lustrem, jak u偶ywa膰 drogich kosmetyk贸w. Lubi艂a to zaj臋cie, a przede wszystkim dziewczyny, z kt贸rymi pracowa艂a.

Spakowa艂a pude艂ko z truskawkami do materia艂owej siatki, pochyli艂a si臋 do Tadka i z艂o偶y艂a szybkiego buziaka na jego czole. W odpowiedzi u艣miechn膮艂 si臋 niemrawo i wida膰 by艂o, 偶e ju偶 prawie 艣pi. Mokre od k膮pieli w艂osy skr臋ci艂y si臋 w zabawne kosmyki, a do nozdrzy Marty dolecia艂 kokosowy zapach kosmetyku.

Wysz艂a, zastanawiaj膮c si臋, kiedy Tadeusz pozna jak膮艣 dziewczyn臋 i czy aby nie 艂udzi si臋, 偶e to ona b臋dzie jego wybrank膮. My艣li automatycznie prze艣lizn臋艂y si臋 na rozterki, z kt贸rymi walczy艂a przez ca艂膮 niedziel臋.

Dlaczego Piotr nie przyszed艂? Czy zamierza艂 si臋 z ni膮 spotka膰? Czy jej pomo偶e? Czy odpu艣ci艂 sobie jej temat?

Id膮c do pracy bi艂a si臋 z my艣lami, zdaj膮c sobie spraw臋 z tego, ze tak naprawd臋, to ca艂e to zaj艣cie z wcze艣niejszych dni mo偶e pozosta膰 bez odd藕wi臋ku. W ko艅cu przecie偶 nie wiedzia艂a, gdzie Piotr mieszka i czy naprawd臋 ma na imi臋 Piotr. Nie wiedzia艂a o nim nic poza tym, co widzia艂a sama. By艂 m艂ody, pewnie niewiele starszy od niej. Mia艂 pi臋knie wykrojone usta, d艂ugie do ramion w艂osy i te oczy. A偶 westchn臋艂a na wspomnienie zielonookiego spojrzenia spod d艂ugich rz臋s. Pe艂nego emocji, kt贸rych nie potrafi艂 ukry膰 鈥 z艂o艣ci, przera偶enia i czego艣, czego nie umia艂a zinterpretowa膰.

Dzie艅 wcze艣niej zez艂o艣ci艂a si臋 na siebie, gdy po przebudzeniu dotar艂o do niej, 偶e nie zarejestrowa艂a drogi powrotnej z lasu, do kt贸rego wywi贸z艂 j膮 Piotr. Po prostu nic, poza momentem wjechania na autostrad臋, a i to dopiero w chwili, gdy spojrza艂a na tablic臋 informuj膮c膮 o odleg艂o艣ci od Katowic. Pierwsz膮 my艣l膮 by艂a ta, 偶e mo偶e poda艂 jej co艣, kolejny narkotyk i to dlatego mia艂a rozproszon膮 uwag臋. Dosz艂a jednak do wniosku, ze to Piotr dzia艂a艂 na ni膮 rozpraszaj膮co, a prze偶ycia kt贸re jej zaserwowa艂, wy艂膮czy艂y rozs膮dek i analityczne my艣lenie.

Sz艂a chodnikiem, oddychaj膮c wiosennym powietrzem, poddaj膮c si臋 pieszczocie porannego s艂o艅ca. Nie zwraca艂a uwagi na to, co dzia艂o si臋 woko艂o. Nie zauwa偶y艂a ch艂opaka, kt贸ry obejrza艂 si臋 za ni膮, podziwiaj膮c jej figur臋, ani dziewczyny, z zazdro艣ci膮 przygl膮daj膮cej si臋 jej dumie i chlubie 鈥 d艂ugim i g臋stym w艂osom. Nie dostrzeg艂a te偶 cz艂owieka, kt贸ry pilnuj膮c, by nie rzuca膰 si臋 w oczy, szed艂 w 艣lad za ni膮, obserwuj膮c jej roztargnienie.

– Jak mo偶na stawa膰 tak blisko jezdni! – Piotr warcza艂 pod nosem widz膮c, 偶e czubki but贸w Marty znajduj膮 si臋 mniej ni偶 p贸艂 metra od brzegu chodnika i ulicy, kt贸r膮 mkn臋艂y rozp臋dzone samochody. – Przecie偶 to niebezpieczne.

Oczami wyobra藕ni widzia艂 nieostro偶nego przechodnia, kt贸ry przez nieuwag臋 popycha Mart臋, a ta trac膮c r贸wnowag臋, przechyla si臋 w prz贸d i wpada pod nadje偶d偶aj膮ce auto. Widzia艂 wiruj膮ce ko艅c贸wki jej d艂ugich w艂os贸w, kt贸re porwane p臋dem powietrza, podrygiwa艂y wraz z ka偶dym mkn膮cym tak blisko niej samochodem. Mia艂 ochot臋 podbiec do niej, poci膮gn膮膰 j膮 w ty艂, by odsun膮膰 od niebezpiecze艅stwa. Z艂o艣ci艂o go to, bo dot膮d nie czu艂 potrzeby opiekowania si臋 kim艣, nie martwi艂o go czyje艣 bezpiecze艅stwo.

Na szcz臋艣cie nim zd膮偶y艂 zrobi膰 cokolwiek, kolor 艣wiate艂 zmieni艂 si臋 na zielony, pojazdy zatrzyma艂y si臋, a przechodnie ruszyli przed siebie.

Id膮c spa膰 w sobot臋 p贸藕nym wieczorem by艂 pewien, 偶e szybko zapomni o Marcie. Usypiaj膮c czu艂 ulg臋 i cieszy艂o go, 偶e wraca do normalno艣ci, na utarte tory 偶ycia. O trzeciej nad ranem obudzi艂 si臋 i nie usn膮艂 ju偶 mimo ogromnego wysi艂ku. Nie pomog艂y relaksacyjne oddechy i my艣lenie o niczym. Umys艂 uporczywie wraca艂 do wydarze艅 z dnia wcze艣niejszego i i nie pozwoli艂 usun膮膰 obrazu Marty spod powiek. Le偶膮c w ciemno艣ci widzia艂 jej miodowe, okolone d艂ugimi rz臋sami oczy i zgrabny nos, poznaczony plamkami pigmentu, tworz膮cymi piegi. Czu艂 mi臋kko艣膰 w艂os贸w, gdy czesa艂 je palcami i g艂adko艣膰 sk贸ry, gdy zmywa艂 z niej makija偶. Mimo niech臋ci nap艂ywa艂o te偶 podniecenie na wspomnienie twardniej膮cego sutka i czerwieni warg, po kt贸rych przejecha艂a szmink膮. Z艂o艣ci艂o go to, bo by艂 pewien, 偶e jest odporny na takie bana艂y. Dot膮d sam sterowa艂 swoim podnieceniem i tym, na co reagowa艂 i kiedy. To si臋 zmieni艂o i teraz ow艂adn臋艂y nim obsesyjne my艣li o dziewczynie, kt贸r膮 zgwa艂ci艂. Wyrzuty sumienia miesza艂y si臋 z fascynacj膮 i czu艂, 偶e zaczyna wpada膰 w obsesj臋.

Obserwowa艂, jak pr臋偶nym krokiem idzie przed siebie. Nie rozgl膮da si臋 na boki i wygl膮da艂o na to, 偶e si臋 spieszy. By艂 ciekaw dok膮d zmierza, jak r贸wnie偶 co ma w siatce, kt贸r膮 przytrzymuje d艂oni膮, dociskaj膮c do biodra. Najch臋tniej podbieg艂by do niej, zajrza艂 w oczy, dotkn膮艂 w艂os贸w i pow膮cha艂 j膮.

– Pojeba艂o mnie 鈥 sykn膮艂 pod nosem, id膮c w 艣lad za ni膮.

Starsza kobieta us艂ysza艂a s艂owa Piotra. Spojrza艂a na niego zdziwiona, ale tylko wzruszy艂a ramionami i powolnym, rozko艂ysanym krokiem sz艂a przed siebie.

M艂odzi s膮 tacy wyrywni i nerwowi 鈥 pomy艣la艂a. – Spieszy im si臋 ci膮gle i 偶yj膮 w stresie. Dobrze mie膰 to za sob膮.

Marta sz艂a wzd艂u偶 ulicy Sokolskiej, by szybkim krokiem przeci膮膰 skwer. Piotr odwr贸ci艂 zniesmaczony wzrok od meneli, kt贸rzy mimo wczesnej pory raczyli si臋 wysokoprocentowymi trunkami. Podawali sobie butelk臋 z r膮k do r膮k, zanurzaj膮c jej szyjk臋 w przyd艂ugim zaro艣cie twarzy. Piotr odwr贸ci艂 wzrok, czuj膮c obrzydzenie na my艣l o tym, w jakim stanie musi by膰 ich uz臋bienie, nie wspominaj膮c ju偶 o brudzie w艂os贸w, brody i w膮s贸w.

Mijaj膮c nieczynn膮 o tej porze budk臋 z fast foodem, poczu艂 kolejn膮 fal臋 obrzydzenia, gdy do jego nozdrzy dotar艂a wo艅 starego oleju. Zn贸w wstrz膮sn臋艂a nim my艣l, 偶e s膮 ludzie, kt贸rym nie przeszkadza taki smr贸d. Musia艂o tak by膰, bo przecie偶 kto艣 korzysta艂 z us艂ug tej budki i kupowa艂 produkty, wi臋c i jad艂 w膮tpliwej jako艣ci po偶ywienie, kt贸r膮 tutaj serwowano. On sam wola艂by by膰 g艂odny, a nie skusi艂by si臋 na zjedzenie czegokolwiek z tak niehigienicznego przybytku.

Szed艂 w 艣lad za Mart膮, staraj膮c si臋 pozostawa膰 na wdechu, ilekro膰 mija艂 kogo艣, kto ju偶 z daleka wydawa艂 mu si臋 艣mierdz膮cy. Dok艂adnie tak my艣la艂 o osobach, u kt贸rych widzia艂 perl膮cy si臋 na czole czy pod nosem pot, a oty艂e cia艂o trz臋s艂o si臋 w takt krok贸w jego w艂a艣ciciela. Nie chcia艂 oddycha膰, wydzielanym przez kogo艣 smrodem i nie艣膰 t臋 wo艅 w p艂ucach, nasi膮ka膰 ni膮 od 艣rodka. Wiedzia艂, 偶e to obsesyjne my艣li, ale to z tego powodu unika艂 skupisk ludzkich. W poci膮gach wybiera艂 tylko pierwsz膮 klas臋, a podczas seksu stara艂 si臋 nie dotyka膰 kobiet.

Sprawa mia艂a si臋 zupe艂nie inaczej, gdy patrzy艂 na Mart臋. Ona go przyci膮ga艂a, niczym magnes. Jej chcia艂 dotyka膰, w膮cha膰 a nawet posmakowa膰.

Musia艂 skarci膰 si臋 w duchu, bo zn贸w przyspieszy艂, skracaj膮c dystans mi臋dzy sob膮 a dziewczyn膮. Przy niej traci艂 ostro偶no艣膰, czego dowi贸d艂 spontanicznym dzia艂aniem w poci膮gu.

Rozs膮dek podpowiada艂 mu. 呕e lepiej by艂oby, aby nigdy jej nie spotka艂. Poniewa偶 sta艂o si臋 inaczej, najm膮drzej by艂oby o niej zapomnie膰 i 偶y膰 dalej tak, jak dot膮d. Mimo to Piotr czu艂 wi臋cej ni偶 kiedykolwiek i nie chcia艂, by si臋 to zmieni艂o. By艂o tak, jakby kto艣 odblokowa艂 tam臋 w jego umy艣le i cho膰 na razie uczucia s膮czy艂y si臋 jedynie przez powsta艂膮 szczelin臋, to najbardziej dojmuj膮cym uczuciem by艂a ulga. Jakby kto艣 zdj膮艂 odrobin臋 dusz膮cego go ci臋偶aru z piersi i przegoni艂 cz臋艣膰 mg艂y, przes艂aniaj膮cej mu widok 艣wiata przed oczami.

Na ulicy Stawowej jak zwykle panowa艂 wzmo偶ony ruch. Ludzie biegli do pracy, wielu z nich trzyma艂o przed twarz膮 tekturowe kubki z kaw膮. Czarny, aromatyczny p艂yn mia艂 im zapewne pom贸c w przywitaniu poniedzia艂ku i nowego tygodnia pracy. M臋偶czyzna na w贸zku inwalidzkim, fa艂szuj膮c, 艣piewa艂 rzewn膮 piosenk臋, przygrywaj膮c sobie na gitarze. U jego st贸p le偶a艂 owczarek niemiecki z nosem przy metalowej puszce na drobne. Posiwia艂y pysk psa 艣wiadczy艂 o tym, 偶e podobnie jak jego cz艂owiek, ma za sob膮 najlepsze lata 偶ycia.

Pomi臋dzy sylwetkami mijanych ludzi Marta jawi艂a si臋 Piotrowi niczym 艣wietlista posta膰. Czysta, pe艂na energii, jasna.

Doszli do ulicy 3 Maja. Marta rozejrza艂a si臋 w lewo i w prawo, po czym spojrzawszy na zegarek na przegubie d艂oni, przyspieszy艂a i przebieg艂a przez jezdni臋. Wbieg艂a w obrotowe drzwi, Piotr musia艂 przyspieszy膰, by nie straci膰 jej z oczu. Nie po to sta艂 w pobli偶u jej kamienicy od trzech godzin, by teraz straci膰 j膮 z oczu. Chcia艂 wiedzie膰, co robi na co dzie艅. Jak si臋 porusza i jak zachowuje, gdy rozmawia z lud藕mi. Czy jest sztuczna, czy mo偶e jednak nie udaje.

Wjecha艂 za ni膮 ruchomymi schodami na pierwsze pi臋tro i z ulg膮 zarejestrowa艂 fakt, 偶e wesz艂a do jednego z salon贸w kosmetycznych. Widzia艂, 偶e wita si臋 ze znanymi jej osobami. Zdusi艂 uk艂ucie zazdro艣ci i staj膮c za jednym z filar贸w, postanowi艂 poprzygl膮da膰 si臋 dziewczynie z ukrycia.

Dodaj komentarz