Psychol cz. 7

No to ci膮g dalszy nietypowego spotkania tych dwojga 馃檪

Rozdzia艂 7

Nie zareagowa艂 od razu. Sta艂 i patrzy艂 na usta Marty, 艂膮cz膮c w g艂owie wypowiedziane przez ni膮 s艂owa. Poca艂owa膰 j膮? On? Kobiet臋?

I wtedy poczu艂 TO i TO by艂o co艣 nowego. Pragnienie posmakowania ust kobiety. G艂贸d, kt贸ry zacisn膮艂 mu gard艂o tak mocno, 偶e nie potrafi艂 prze艂kn膮膰 艣liny. M贸g艂 to por贸wna膰 jedynie do uczucia, gdy wysuszone w臋dr贸wk膮 gard艂o wysch艂o i chce mu si臋 pi膰, i nagle przed sob膮 mia艂 sch艂odzony nap贸j. Nie umywa艂o si臋 to pragnienie do tera藕niejszego, by艂o marn膮 namiastk膮, ale zwyczajnie nie potrafi艂 go inaczej umiejscowi膰 na skali uczu膰.

Marta czeka艂a cierpliwie, obserwuj膮c wszystko, co rozgrywa艂o si臋 we wn臋trzu Piotra, a czego scen膮 by艂a twarz i oczy. Widzia艂a protest i bunt, po艂膮czony z przera偶eniem. Ten przekszta艂ci艂 si臋 w zdziwienie, w ko艅cu w ostro偶ne zainteresowanie.

Jak mog艂am pozwoli膰 mu si臋 zwie艣膰, nie zauwa偶y膰 偶e i on polowa艂 na mnie? 鈥 Zmarszczy艂a brwi, patrz膮c mu w oczy. 鈥 Przecie偶 marny z niego aktor. Chyba, 偶e to przy prawdziwej mnie teraz opad艂y jego maski?

– Nie chcesz? 鈥 spyta艂a widz膮c, 偶e nie wykona pierwszego ruchu.
– Czego? 鈥 podni贸s艂 wzrok z jej warg na oczy, spojrzenia skrzy偶owa艂y si臋.
– Poca艂owa膰 mnie. 鈥 W艂o偶y艂a mu palec do p臋pka. Piotr odruchowo napi膮艂 brzuch.

Patrzy艂a na g艂adk膮 sk贸r臋 i pi臋knie ukszta艂towane mi臋艣nie pod ni膮.

– Ja nie鈥 – zaj膮kn膮艂 si臋, urwa艂.
– Nie m贸w! 鈥 Zszokowana zajrza艂a w zielono艣膰 oczu. 鈥 Ty jeszcze nigdy? Jeste艣 dziewic膮?!
– Jak mog臋 by膰 dziewic膮? 鈥 prychn膮艂, opad艂 na kanap臋. 鈥 Nie pami臋tasz co ci zrobi艂em?
– Do tego przejdziemy p贸藕niej. 鈥 Nie da艂a si臋 zby膰. 鈥 Czy kocha艂e艣 si臋 kiedykolwiek?
– Wiele razy. 鈥 Nie podoba艂 mu si臋 przebieg tej rozmowy, bo nie wiedzia艂, w jakim kierunku pobiegnie. Nie mia艂 nad ni膮 kontroli.
– Ja nie m贸wi臋 o zer偶ni臋ciu jakiej艣鈥 – zawaha艂a si臋 przed u偶yciem s艂贸w 鈥炁紀ny klienta鈥 鈥 kobiety – zako艅czy艂a. – Czy poca艂owa艂e艣 kiedy艣 kt贸r膮艣, a ona odda艂a ci poca艂unek i zrobi艂a to z w艂asnej woli, bez udzia艂u narkotyk贸w?

Piotr zblad艂, bo odkry艂, 偶e nie potrafi i nie chce sk艂ama膰 tej dziewczyny. M贸g艂by, ale poczu艂by si臋 z tym 藕le. Wola艂 milcze膰, nie odpowiada膰. Opu艣ci艂 g艂ow臋, przygl膮da艂 si臋 pobiela艂ym, od zaciskania na udach, palcom. Robi艂 to te偶 po to, by nie mie膰 przed oczami jej zuchwa艂ej, skrzywdzonej przez niego, nagiej cielesno艣ci.
Marta odwr贸ci艂a si臋 i wtedy bezwstydnie przygl膮da艂 si臋 po艣ladkom dziewczyny. Kr膮g艂e, ale niezbyt du偶e. Szczup艂e plecy i wyprostowane ramiona.
Podesz艂a do fotela, usiad艂a na nim i bez skr臋powania przygl膮da艂a si臋 Piotrowi. Stanowi艂 dla niej zagadk臋, kt贸r膮 chcia艂a rozwi膮za膰. Dlaczego? Bo nagle jej 偶ycie nabra艂o celowo艣ci.
Ju偶 nie tylko okradanie imbecyli, kt贸rzy zas艂u偶yli na kar臋 by艂o tym, co czeka艂o na ni膮. Tacy jak cz艂owiek, przez kt贸rego umar艂a Sara.
Teraz powiew 艣wie偶o艣ci i zagadki o偶ywi艂 j膮, ekscytowa艂 nieznanym, czekaj膮cym na poznanie.

– Czyli nie ca艂owa艂e艣 kobiety 鈥 stwierdzi艂a, nie pyta艂a. 鈥 Jeste艣 ciekaw, czy ja ca艂owa艂am?

Zn贸w go zaskoczy艂a. Najpierw sprawdzi艂, czy z niego kpi. Patrzy艂 na ni膮 spod byka, ale widz膮c jasn膮, szczer膮 twarz mrukn膮艂:

– Nie jestem 鈥 sk艂ama艂 czuj膮c, ze narasta w nim z艂o艣膰.
K艂amiesz, Piotrze. 鈥 Za艂o偶y艂a nog臋 na nog臋, dekoncentruj膮c go tym samym.

Dziwnie by艂o us艂ysze膰 swoje imi臋, wypowiadane przez ni膮. 艁agodnie, cho膰 abstrakcyjno艣膰 sytuacji nie sprzyja艂a zachowaniu spokoju.

Ale jak chcesz 鈥 m贸wi膮c to wsta艂a i ruszy艂a ku schodom, prowadz膮cym na d贸艂 do piwnicy. – Ubior臋 si臋.

Poczu艂a ulg臋, bo dopiero teraz zda艂a sobie spraw臋 z faktu, 偶e przeczuwa艂a, 偶e Piotr nie b臋dzie jej chcia艂 poca艂owa膰. Czy ona sama tego chcia艂a? Absolutnie nie! Nie by艂a na to gotowa, a tym bardziej po tym, co jej zrobi艂.

W po艂owie schod贸w przystan臋艂a wstrz膮艣ni臋ta jasn膮 my艣l膮.

– Nie czuj臋 si臋 zgwa艂cona 鈥 wyszepta艂a do siebie, kr臋c膮c przecz膮co g艂ow膮. – Przecie偶 to niedorzeczne! Jakim cudem?

Piotr patrzy艂 w 艣lad za ni膮 i mia艂 wra偶enie, 偶e w jego g艂owie szaleje huragan. My艣li obija艂y si臋 o siebie bez艂adne i nie wiedzia艂, co zrobi膰 z ca艂膮 t膮 sytuacj膮.

Przez w艂asn膮 nieostro偶no艣膰 jego starannie pouk艂adany 艣wiat si臋 rozsypa艂. Przywi贸z艂 tu i zgwa艂ci艂 dziewczyn臋 i nie wiedzia艂 co dalej pocz膮膰 z t膮 sytuacj膮. Nie wygl膮da艂o na to, by mia艂a zamiar zg艂osi膰 to na policj臋, ale fakt ten przyni贸s艂 mu niewielk膮 ulg臋. Nikt nie wiedzia艂 o tym miejscu, o jego kryj贸wce w lesie i tak mia艂o zosta膰. Dom mo偶e sprzeda膰, poszuka膰 kolejnego miejsca i by膰 mo偶e tak w艂a艣nie b臋dzie musia艂 zrobi膰. Teraz przekona j膮, 偶e to by艂a pomy艂ka, mo偶e jej nawet zap艂aci膰, bo wywnioskowa艂, 偶e to na pieni膮dzach jej zale偶a艂o. Nie b臋dzie o nic dopytywa艂. Chcia艂 to mie膰 ju偶 za sob膮. Zerwie wszelki kontakt mimo, 偶e go zaintrygowa艂a. Uleg艂 g艂upiemu uczuciu i podszeptowi ciekawskiej natury. Teraz ponosi艂 konsekwencje, ale dzi臋ki temu b臋dzie mia艂 nauczk臋 na przysz艂o艣膰. Trzyma膰 si臋 planu i od niego nie odst臋powa膰 鈥 taka jest zasada! Tylko 偶ony starannie wyselekcjonowanych klient贸w i 偶adna inna kobieta!

Zn贸w zmierzwi艂 nerwowo w艂osy.

Przecie偶 ja nawet nie musz臋 pracowa膰! – Wsta艂, bij膮c si臋 z my艣lami i zacz膮艂 nerwowo przechadza膰 si臋 po pokoju. – Sprzedam wszystko, wyprowadz臋 si臋 z kraju i na jaki艣 czas przycichn臋. Pomy艣l臋 przez ten czas, co zrobi膰 dalej. To jest plan!

Marta w tym czasie ubiera艂a si臋 bez po艣piechu. Zaczesa艂a g艂adko w艂osy i zwi膮za艂a je w lu藕ny kok na karku. Zamierza艂a za艂o偶y膰 bielizn臋, ale postanowi艂a zostawi膰 j膮 Piotrowi na pami膮tk臋. Perfidnie naci膮gn臋艂a j膮 tylko na chwil臋 i wy艂膮cznie po to, by docisn膮膰 materia艂 do krocza i zostawi膰 na nim niewielk膮 plamk臋 krwi. Niech ma za swoje! Dow贸d defloracji i rozstania z czym艣, co planowa艂a zachowa膰 na zawsze. Dla siebie i Sary, kt贸ra j膮 uratowa艂a.

– Sara 鈥 wyszepta艂a imi臋, zamieraj膮c w nag艂ym ol艣nieniu. – Nareszcie!

Ubiera艂a si臋 ju偶 w po艣piechu, chc膮c jak najszybciej wr贸ci膰 na g贸r臋. Na sukienk臋 narzuci艂a p艂aszcz, rozgl膮daj膮c si臋 po pomieszczeniu, w kt贸rym sta艂a. Wygl膮da艂o, jak ma艂a sala zabiegowa, po艂膮czona ze studio fotograficznym. Zimne 艣wiat艂o na kilku wysi臋gnikach i przymocowane do stalowych ramion kamery. Na 艣rodku pomieszczenia sta艂o metalowe, obite sk贸r膮 艂贸偶ko ze sm臋tnie zwisaj膮cymi nad pod艂og膮 pasami. To nimi przywi膮za艂 j膮, gdy鈥

Potrz膮sn臋艂a g艂ow膮, staraj膮c si臋 odegna膰 wyobra偶enie Piotra, zawisaj膮cego nad ni膮 tu偶 przed tym, gdy w ni膮 wszed艂. Zaskoczy艂o j膮, 偶e nie poczu艂a przera偶enia, czy wstr臋tu na t膮 my艣l. Mo偶e zaskoczenie tym, 偶e mia艂a to za sob膮, ale o wiele wi臋ksz膮 ciekawo艣膰 tego, co dzia艂o si臋 z nim, gdy to robi艂.

– Na pewno nie jestem normalna 鈥 mrukn臋艂a pod nosem, wk艂adaj膮c d艂o艅 do kieszeni. Zacisn臋艂a palce na szmince, niczym na amulecie. – Ale to si臋 mo偶e uda膰! – Spojrza艂a w kierunku schod贸w.

Piotr wygl膮da艂 na wystarczaj膮co szalonego, by pom贸c jej zrealizowa膰 plan. Dot膮d marzy艂a o zem艣cie, teraz mia艂a kogo艣, kogo zmusi do pomocy jej. Kogo艣 bez skrupu艂贸w i na tyle pozbawionego zasad moralnych, by pom贸g艂 jej dotrze膰 do Maksa i ukara膰 za to, co zrobi艂 z Sar膮. Zem艣ci si臋 za zniszczenie jej ukochanej siostry i wielu innych, podobnych do niej dziewczyn. By艂a jej to winna. Ani Sara, ani one nie mia艂y tyle szcz臋艣cia co ona, Marta. Gdyby nie Sara, sko艅czy艂aby tak, jak one.

Na bosaka wesz艂a po schodach i zatrzyma艂a si臋 na ostatnim stopniu, by przyjrze膰 si臋 m臋偶czy藕nie. Wygl膮da艂o na to, 偶e si臋 opanowa艂. Zaczesa艂 w艂osy na ty艂 g艂owy, rozche艂stan膮 wcze艣niej koszul臋 w艂o偶y艂 w spodnie. Z d艂o艅mi w kieszeniach sta艂 bokiem do niej i wpatrywa艂 si臋 w pust膮 艣cian臋. O czym my艣la艂?

– Czy m贸g艂by艣 mnie odwie藕膰 na dworzec? – poprosi艂a cicho. – Albo gdzie艣 do Katowic.

Powoli obr贸ci艂 na ni膮 wzrok i mog艂aby przysi膮c, 偶e patrzy na innego cz艂owieka. Ch艂odne spojrzenie spocz臋艂o na jej twarzy, przez co poczu艂a si臋 ma艂a i bezbronna. A co, je艣li b臋dzie chcia艂 j膮 skrzywdzi膰? O wiele dotkliwiej, ni偶 przedtem. Przecie偶 nie wie gdzie j膮 wywi贸z艂 i wygl膮da na to, 偶e przywozi艂 tu wiele kobiet. Przecie偶 m贸g艂by j膮 ponownie u艣pi膰, a p贸藕niej pozby膰 si臋 cia艂a.

Odruchowo zacisn臋艂a palce na strzykawce w kieszeni. Po twarzy Piotra przemkn膮艂 cie艅 u艣miechu.

– Oczywi艣cie. – Spojrza艂 na jej nikn膮ce w kieszeni przedrami臋. – I zap艂ac臋 ci odszkodowanie za poniesione straty.

艢ci膮gn膮艂 brwi, odwracaj膮c wzrok.

Czyli jednak nie jeste艣 a偶 tak opanowany 鈥 pomy艣la艂a z satysfakcj膮. – To dobrze.

– Nie, dzi臋kuj臋. – Postanowi艂a ku膰 偶elazo, p贸ki gor膮ce. – Nie chc臋 pieni臋dzy, ale jest co艣, o pomoc w czym chcia艂abym ci臋 prosi膰. To wyr贸wna rachunki z nawi膮zk膮.

– Co takiego? – Spochmurnia艂 z艂y na siebie, 偶e uleg艂 ciekawo艣ci, zamiast od razu odrzuci膰 jakiekolwiek propozycje.

– Pomoc w zem艣cie 鈥 odpar艂a z powag膮. – Przecie偶 to w艂a艣nie robisz. Jeste艣 w tym specjalist膮.

– Zajmuj臋 si臋 偶onami, kt贸re zdradzaj膮 m臋偶贸w 鈥 przypomnia艂 jej, wbijaj膮c d艂onie w kieszenie spodni.

Marta nie mog艂a nie zauwa偶y膰, 偶e wygl膮da ob艂臋dnie w idealnie skrojonych spodniach i rozpi臋tej pod szyj膮 koszuli. Dlaczego taki facet jest samotny? Bo musia艂 by膰, inaczej nie para艂by si臋 takim zawodem. Czy to zaj臋cie mo偶na nazwa膰 zawodem?

– Chc臋 si臋 zem艣ci膰 na pewnym m臋偶czy藕nie. – Podesz艂a do niego bli偶ej. Momentalnie spi膮艂 si臋 i wbi艂 w ni膮 pociemnia艂e spojrzenie. Widzia艂a, 偶e nie podoba mu si臋 to, co zaproponowa艂a, jak r贸wnie偶 fakt, 偶e ciekawo艣膰 nie pozwala艂a mu odm贸wi膰 od razu. – Za 艣mier膰 mojej siostry.

Sta艂 i patrzy艂 jej w oczy, zastanawiaj膮c si臋, co go powstrzymuje przed odmow膮. M贸g艂by powiedzie膰, 偶e nie jest zainteresowany, albo odwie藕膰 j膮 i kaza膰 spierdala膰. Nic mu nie mog艂a zrobi膰, a mimo to zawaha艂 si臋. Rozwa偶a艂 zrobienie czego艣 tylko po to, by m贸c j膮 jeszcze spotka膰. Nie wiedzia艂 co go ci膮gnie do tej delikatnej dziewczyny, ale chcia艂 j膮 jeszcze zobaczy膰.

– Jed藕my 鈥 rzuci艂 w odpowiedzi, wskazuj膮c drzwi wej艣ciowe.

Widzia艂a, ze nie ma sensu naciska膰 go teraz. Wtargn臋艂a w jego przestrze艅 偶yciow膮, wi臋c reagowa艂 ucieczk膮. Na jego miejscu zrobi艂aby tak samo. Chcia艂aby uciec, m贸c pomy艣le膰 w samotno艣ci.

Bez s艂owa podesz艂a do drzwi wej艣ciowych, przekr臋ci艂a zapadk臋 w zamku i pchn臋艂a drzwi. A偶 westchn臋艂a z zachwytu i przycisn臋艂a d艂onie do gard艂a.

– Jak tu pi臋knie! – Powiod艂a wzrokiem po koronach drzew, przez kt贸rych drobne, poruszane podmuchem wiatru listki przeziera艂o migocz膮ce 艂agodnie, wschodz膮ce w艂a艣nie s艂o艅ce. Do uszu Marty dolecia艂 艣wiergot ptak贸w tak radosny i pe艂en 偶ycia, 偶e poczu艂a si臋 kompletnie abstrakcyjnie. Zesz艂a po trzech, prowadz膮cych na 偶wirow膮 艣cie偶k臋 schodach. Pod palcami st贸p zachrz臋艣ci艂o, kamyczki po艂askota艂y podeszwy. Mimowolnie u艣miechn臋艂a si臋, zdaj膮c sobie spraw臋 z tego, 偶e od lat nie chodzi艂a na bosaka. Nie poza domem.

Dom, czy raczej mieszkanie, by艂o tylko lokum. Mia艂o nim by膰 na chwil臋, ale po 艣mierci Sary zamieszka艂a w nim na lata. Po cz臋艣ci dla tego, 偶e nie mia艂a innego wyj艣cia, po trosze z wygody i przyzwyczajenia.

Odwr贸ci艂a si臋 w kierunku Piotra, jej wzrok napotka艂 zielonookie spojrzenie. Nie potrafi艂a zinterpretowa膰 uczu膰, kt贸re a偶 w nim kipia艂y, ale by艂a pewna, 偶e nie s膮 pozytywne.

Nie mog艂a wiedzie膰, 偶e Piotr walczy z sob膮 i ch臋ci膮 u艣pienia jej. Z jednej strony chcia艂 si臋 z ni膮 podzieli膰 tym, co przyni贸s艂 ten dzie艅, z drugiej pragn膮艂, by domek w lesie, jego azyl i miejsce pracy pozosta艂o tajemnic膮. Nie rozumia艂 tej cz臋艣ci siebie, kt贸ra pragn臋艂a jej towarzystwa. Na tyle mocno, by podj膮膰 ryzyko i odwie藕膰 j膮, bez wy艂膮czania jej 艣wiadomo艣ci. Z艂ama艂 si臋 po cz臋艣ci z poczucia winy, ale przede wszystkim jednak z zachwytu nad jej naturalno艣ci膮, gdy id膮c na bosaka, u艣miecha艂a si臋 do siebie.

– Wracajmy 鈥 westchn膮艂, obracaj膮c si臋 do niej plecami. Po cz臋艣ci po to aby zamkn膮膰 drzwi, ale przede wszystkim dlatego, by pokona膰 s艂abo艣膰 i przesta膰 si臋 jej wreszcie przygl膮da膰. – Wsiadaj do auta.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. No name

    Czekamy na kolejn膮 cz臋艣膰:D

  2. ..

    Dzi艣 noc sp臋dzona w pracy. Mo偶e kolejna cz臋艣膰 dla os艂ody? 馃榾

Dodaj komentarz