Psychol cz. 8

Pytacie mnie, czy będzie wydanie papierowe “Psychola”. Tak będziei planuję je na ten rok. Na jaki miesiąc, tego jeszcze nie wiem. Powiem tylko, że to będzie pierszy tom serii i ten tom jest najbardziej lajtowy. W kolejnych będzie ostrzej. Jeśli oczywiście stwierdzicie, ze Wam się podoba taki romans kryminalny z dark love.

Po drugie od razu mówię, że wersja papierowa będzie się różniła od tej on line, bo czytam i czerpię z Waszych komentarzy pod tekstem i na FB. Także proszę piszcie, również to, co Wam nie do końca pasuje, bo wpływacie tym na ostateczny kształt tekstu.

Rozdział 8

Piotr toczył ukradziony pojazd leśną drogą. Samochodem huśtało na boki i musiał się bardzo skupić, by patrzeć przed siebie i omijać dziury przed maską auta. Co chwilę jego wzrok uciekał ku dziewczynie, siedzącej obok na miejscu pasażera. Patrzyła w bok, przez boczną szybę. Otworzyła ją na oścież i pochyliła się tak, że część jej włosów pochwycił wiatr i teraz roztańczone pasma fruwały szarpane jego podmuchami.

To było dziwne i kompletnie abstrakcyjne. W jego popierdolonym, ale jednak stabilnym życiu pojawiła się ta dziewczyna i rozpieprzyła je w drobny mak. Ledwie kwadrans temu był pewien, że zapomni o niej i wróci do tego, co miał kiedyś, a co dawało mu względną stabilizację. Ewentualnie wyjedzie z kraju, by go nie odnalazła. Teraz już negocjował z wewnętrznym ja, przekonując siebie, że najlepiej będzie, jeśli ją wysłucha i zdecyduje, czy jej pomóc. Przecież chciał jej zadośćuczynić za krzywdę, jaką z własnej głupoty wyrządził. Już był prawie pewien, że nie odmówi i że zrobi to dla własnego spokoju ducha.

Marta tymczasem przymknęła oczy, wychyliła głowę przez okno i pozwoliła by delikatne promienie słońca pieściły jej skórę, a wiatr szarpał włosy. Wsparła policzek na ramieniu, na krawędzi opuszczonej szyby i wdychała rześkie, leśne powietrze.

– Szczęściarz z ciebie – powiedziała tak cicho, że ledwie ją usłyszał. – Zazdroszczę ci.

– Czego? – Pytanie wyskoczyło z jego ust, choć nie zamierzał dać się wciągnąć w rozmowę. Już wiedział, że przegrał z sobą.

– Tego pięknego miejsca. – Usiadła, prostując się, patrząc w zamyśleniu przez przednią szybę. – Może nie okoliczności, bo te są co najmniej dziwne – urwała, zaciskając usta i marszcząc czoło, jakby się zastanawiała nad słowami, których ma użyć. – Abstrahując od tego – wykonała gest dłonią, wskazując tył samochodu, mając na myśli oddalający się budynek, a tym samym to, co działo się w jego wnętrzu – Chyba przyjeżdżasz tutaj czasem, by odpocząć?

– Odpocząć? – Teraz on zmarszczył czoło, nie rozumiejąc. – Co masz na myśli?

– Wyjazd poza miasto i posiedzenie w ciszy lasu. – Wzruszyła ramionami, spoglądając na niego. – Chyba robisz takie rzeczy?

Wzrok, który spoczął na twarzy Piotra palił mu skórę policzka. Nie lubił, gdy go obserwowano. Sięgnął do przycisku na drzwiach kierowcy i opuścił do połowy szybę. Wiatr dmuchnął, rozwiewając mu włosy. Te opadły na czoło i policzek, zakrywając go przed wzrokiem dziewczyny.

Widząc to Marta uległa chwilowej pokusie, a może był to odruch. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, sięgnęła i odgarnęła ciemne pasma z twarzy Piotra, zakładając mu je za ucho. Ten z pozoru niewinny gest zaskoczył ją zmysłowością i tym, co stało się z jej ciałem. W brzuchu zawiązał się węzełek, ten zacisnął się, a przez dłoń nieoczekiwanie przepłynął prąd. Cofnęła palce, zacisnęła je w pięść, a tę wcisnęła między uda, jakby obawiała się, że straci kontrolę nad dłonią. Piotr zaciskając zęby, spojrzał na nią i mogłaby przysiąc, że w pociemniałych tęczówkach widzi jedynie złość.

– Przepraszam – szepnęła, odsuwając się od niego na tyle, na ile pozwalała niewielka przestrzeń wewnątrz samochodu.

Przeraziła ją moc tego, co poczuła. Nie była na to gotowa i może dla tego tak to nią wstrząsnęło. Zarówno łaskotanie, które przerodziło się w gorąc płynący od opuszek palców wzdłuż ramienia wprost do serca, jak i ucisk w brzuchu, który kazał jej zewrzeć mocniej kolana i napiąć mięśnie brzucha.

– Przepraszam – powtórzyła cicho, wbijając wzrok w splecione palce dłoni, starając się nie patrzeć już na Piotra.

Nie chciała go prowokować, a przecież właśnie to zrobiła. Tym drobnym gestem, nad którym nie zapanowała.

Samochód zwolnił, w końcu się zatrzymał, silnik pracował na jałowym biegu. W Marcie zamarło serce.

Doigrałam się – myślała przerażona. – Niby niewinna, niby tego nie robiłam, a co tymczasem? Prowokuję obcego mężczyznę, z którym siedzę w jednym aucie, wywieziona do „niewiadomogdzie”. To przecież jak proszenie się o gwałt! Poprawka, zgwałcona już zostałam.

Nie mogła wiedzieć, że Piotrem wstrząsnęło to równie mocno, co nią. Ten drobny gest był niespodziewany i pełen czegoś ulotnego, czego nie potrafił nazwać, a co poczuł pierwszy raz w życiu. Zaznał właśnie nowego, nieznanego mu uczucia przyjemności. Dotyku palców dziewczyny, który nie miał na celu dostarczyć seksualnych doznań, a jednak takim był. Muśnięcie tyłu małżowiny ucha spiorunowało go przyjemnością i skumulowało się w podbrzuszu mrowieniem, które miał ochotę zaspokoić tu i teraz. Bardziej, niż kilka godzin wcześniej, gdy przywiózł tu nieprzytomną Martę. Inaczej, bo tym razem pragnął, by i ona tego chciała.

Co za idiotyzm! – pomyślał.

– Opowiedz mi o zemście – poprosił, czy raczej wycedził przez zęby i zrobił to tylko po to, by odwrócić swoją uwagę od nakręcającej się spirali pragnienia. – Kogo i za co chcesz ukarać.

Mówiąc to wyłączył silnik, obrócił się twarzą do Marty i oparł się wygodnie o tapicerkę drzwi. Zwiększył tym samym odległość między sobą a dziewczyną i zrobił to z premedytacją. Pewnie się go bała. Na pewno też nie myślała co robi, gdy go dotknęła. Nie zdawała sobie sprawy z faktu, że nigdy go tak nie dotykano. Nie w sposób niezaplanowany i przecież to on zawsze wyznaczał granice.

Spojrzała na Piotra niepewnie spomiędzy pasm włosów, które zsunęły jej się na twarz, tworząc zasłonę. Uniosła ku niemu niepewne spojrzenie, ale w bursztynowych oczach nie dojrzał strachu. Raczej ciekawość, a po chwili również nadzieję.

– Mów – poprosił łagodnie.

Do wnętrza samochodu napłynął świergot leśnych ptaków, podmuch wiatru przyniósł zapach liści, wilgotnej ziemi i trawy. Piotr obserwował jak dziewczyna bierze głęboki wdech, po czym powoli wypuszcza powietrze, jakby zastanawiała się, od czego zacząć.

– Miałam siostrę Sarę – mówiła cicho, patrząc w dół, na splecione palce dłoni. – Była starsza ode mnie o trzy lata i była dla mnie najważniejsza na świecie. Po śmierci ojca, który zwyczajnie się zapił, zamieszkałyśmy z babcią. Matki nigdy nie znałam. Wyjechała z Polski za pracą i przez jakiś czas przysyłała nam pieniądze, ale po kilku latach przestała. Nieistotne. – Ściągnęła brwi, uciekając spojrzeniem w bok, ale Piotr widział, że to bolesna myśl. – Babcia była dobrą kobietą – podjęła opowieść po chwili ciszy. Rysy jej twarzy rozluźniły się, na wargi wypłynął słaby uśmiech. – Niestety nie była w stanie upilnować Sary i dużo pracowała. Sprzątała ludziom domy i robiła to prawie do śmierci. Odważna i bardzo pracowita kobieta – westchnęła, znów milknąc, a jej spojrzenie złagodniało, uśmiechała się smutno. – Starszy kolega namówił Sarę na zapalenie trawy, a ona się zgodziła. Pamiętam, jak siedzieli na balkonie mieszkania kamienicy i palili, zaciągając się dymem ze szklanej fajki wypełnionej wodą. Sara śmiała się po tym tak głośno, że sąsiadka z góry aż ją ochrzaniła i kazała być cicho. To był ostatni raz, gdy słyszałam jej naturalny i radosny śmiech.

Zamilkła, uniosła dłoń i przycisnęła palce do nasady nosa. Przez dłuższy moment trwała w bezruchu z zamkniętymi oczami, nic nie mówiąc.

– Mów dalej – poprosił Piotr zaskoczony tym, ze chce poznać losy zarówno Marty, jak i jej siostry.

– Zaczęły się jej eksperymenty z narkotykami. – Podjęła opowieść bardzo cichym głosem. – Najgorszym momentem był ten, gdy po raz pierwszy zobaczyłam siniak na zgięciu przedramienia. Skończyła się zabawa, zaczęła się walka o towar. Do Sary przychodzili koledzy. Zawsze w ciągu dnia, gdy nie było babci. Sara nie chodziła do szkoły, przerwała ją. Ja byłam w podstawówce. Pamiętam momenty, gdy wracałam po szkole do mieszkania i od progu czułam, że coś jest nie tak. Miałyśmy wspólny pokój i to do niego zawsze kierowałam kroki tuż po wejściu. Ten pierwszy raz, gdy zobaczyłam ją z kilkoma mężczyznami. – Urwała, wciągając gwałtownie powietrze, ciasno obejmując się ramionami. – Jeden za nią, drugi przed i ona na czworaka, na naszym łóżku. Trzeci siedział na krześle przy biurku i obserwował pozostałych.

– Kogo my tu mamy?! – Marta zmieniła głos, zniżając go, jakby naśladowała czyjś tembr. – Młodsza siostrzyczka do pomocy? Może być. Przyda się kolejna dupa do poruchania. Ech!

Sapnęła, jakby bolało ją to wspomnienie i powrót do przeszłości. Szarpnęła klamkę i wyszła na zewnątrz, nie zważając na poszycie, które musiało kłuć bose stopy. Zdjęła płaszcz i wrzuciła go do auta na tylne siedzenie, po czym zaczęła się przechadzać przed maską samochodu w te i z powrotem.

Zaskoczony Piotr najpierw obserwował ją przez przednią szybę, ale widząc rozedrganie dziewczyny zrozumiał, że ta musi być teraz w ruchu. Poszedł w jej ślady i przeszedł na przód auta, opierając się siedzeniem o ciepłą maskę samochodu. Przyglądał się drobnemu ciału dziewczyny i znów zaskoczyło go pragnienie, które zaczęło w nim w tym momencie narastać. Chciał jej dotknąć, powąchać, zaciągnąć się zapachem włosów. Czymś tak ulotnym, jak osobista woń skóry. Niepowtarzalny znak, który można sobą zostawić w drugiej osobie. On już poznał zapach Marty i wiedział, że nie jest w stanie wyrzucić jej z siebie.

– Sara przerwała na chwilę… to co robiła. – Zamachała przed twarzą dłonią i widać było, że chodzi jej o seks oralny. – Była naćpana, widziałam to po jej oczach i powolnych reakcjach, ale wtedy krzyknęła, że mają się ode mnie odpierdolić. Jeden z nich ją wyśmiał, drugi zmusił do kontynuowania tego, po co przyszli. Ten, który się tylko przyglądał, wstał i do mnie podszedł. Byłam przerażona i widziałam, że Sara próbuje się wyrwać tamtym dwóm. Im się to tylko spodobało i zaczęli ją brać siłą. Dusiła się, ale nie puścili jej. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła, bo miała… – pomachała przed twarzą dłonią – zajęte usta. – Rzuciła nerwowe spojrzenie w kierunku Piotra, przystając na moment. – Ten mężczyzna, Maks podszedł do mnie i powiedział, że mogę pomóc siostrzyczce zarobić na życie. Miał oczywiście na myśli narkotyki, ale tego wtedy nie wiedziałam – westchnęła, spuszczając wzrok na eleganckie buty Piotra. Nie chciała mu patrzeć w oczy. – Wystraszyłam się wtedy i uciekłam z mieszkania. Słyszałam, jak ten wstrętny człowiek się śmieje. Do dziś pamiętam jego uśmiech i zmrużone oczy, gdy do mnie mówił. Jakby czekał, że się zgodzę. Parszywa świnia. – W ostatnich słowach Piotr usłyszał tyle złości, że zaczynał rozumieć chęć zemsty, która nią kierowała. – Od tamtej pory sytuacja powtarzała się regularnie. Mężczyźni w naszym pokoju i Sara płacąca w ten sposób za towar. Niszczyło ją to, gasła w oczach. Chudła, był z nią coraz mniejszy kontakt. Babcia próbowała rozmawiać z Sarą, przemówić jej do rozsądku, ale to było jak rozmowa ze ścianą. Sary już nie było z nami, a przynajmniej w większości zniknęła dla świata. Pewnego dnia…

Głos Marty się załamał, Piotr ledwie się powstrzymał przed podejściem do dziewczyny i przyciągnięciem do siebie, przytuleniem jej. Przeraził go ten nieznany mu odruch i potrzeba pocieszenia. Zaskoczył i zezłościł równocześnie.

– Pewnego dnia nie wróciła do domu. – W oczach dziewczyny zaszkliły się łzy. – Babcia odchodziła od zmysłów, ja byłam przerażona. W sobotę rano poszłam do mieszkania, pod które nie raz odprowadzałam Sarę. Odprowadzałam, a raczej szłam z nią i prosiłam, by nie robiła tego, co robi. By wróciła do domu. Do mnie i do babci. Do tego, co miałyśmy kiedyś. To było mieszkanie tego człowieka. Nienawidziłam go, ale ją przyciągał, niczym magnes. Miał nad nią władzę. On i nałóg, jego sprzymierzeniec.

Uniosła wzrok, spojrzała w oczy Piotrowi. Widział w nich smutek i szklące się łzy cierpienia. Czuł, że opowieść dochodzi do momentu, w którym wyjawi mu, co chce zrobić. Dlaczego, to już rozumiał. Teraz przyszła pora na jej plan.

– Pukałam do drzwi mieszkania, ale nikt mi nie otwierał. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Odgłosy dochodzące z jednego pokoi w głębi przyciągnęły mnie, ale wiedziałam, co zastanę. Nie do końca, bo nie spodziewałam się zobaczyć takiej orgii. Łóżko, a na nim Sara. Chuda, wycieńczona, z obandażowanymi przedramionami. Naokoło łóżka stali mężczyźni w różnym wieku. Było ich dwudziestu, może więcej. Większość ze wzwodami, w gotowości, niektórzy pobudzali się, przygotowując się do użycia ciała Sary. Jeden z niej schodził, drugi wchodził i szybko się zaspokajał. Ktoś pogonił poprzednika, ten wychodził z niej i z krzykiem kończył na jej twarzy i zamkniętych oczach. Nie wiem jak długo stałam w progu i po prostu patrzyłam. Stałam skamieniała ze zgrozy, ledwie oddychając. Co jakiś czas traciłam Sarę z oczu, gdy zasłaniał mi ją drgający nad nią zadek kolejnego mężczyzny. Ktoś opuszczał pokój i wtedy zazwyczaj coś do mnie mówił, ale nie pamiętam ich słów. I w końcu któryś z nich powiedział: „Ona chyba nie oddycha”. W tamtym momencie zatrzymał się mój świat.

Ten post ma jeden komentarz

  1. Julita

    Wszyscy powinni zostać ukarani, ten typ ci dwaj co z nim byli plus później tamta reszta

Dodaj komentarz