Ptaszek w klatce rozdział 14

with Brak komentarzy
Chcesz już teraz przeczytać całość? Możesz, bo na wakacje przygotowałam prezent dla osób zapisujących się na mój newsletter. 

Ptaszek w klatce od Monika Liga

Rozdział 14

Baba z wozu, koniowi wcale nie lżej

Wróciłem do swojego mieszkania i do własnego życia.

Było w nim czysto i cicho, ale też pusto i dziwnie. Bo bez niej, bez dziewczyny, która weszła w moją rzeczywistość. Z impetem, niczym huragan i pozamiatała wszystko, co dotąd myślałem o sobie. I o dziewczynach!

Czułem, że coś się we mnie zmieniło i to bezpowrotnie. Nie wiedziałem co to takiego, choć podejrzewałem, ale broniłem się przed tym całym sobą. Musiałem odetchnąć od natłoku tego wszystkiego i nabrać dystansu.

Głównie po to, by sprawdzić, czy to nie minie, czy jest prawdą, czy może tylko mi się wydaje. Nie składałem deklaracji i nie dałem się ponieść chwili. Było kilka momentów, gdy chciałem jej zaproponować zamieszkanie razem. Wtedy przychodziło otrzeźwienie, a rozsądek krzyczał, że to błąd i pomyłka, bo mogę się tak wpakować w kłopoty.

Majka była słodka, gorąca i cholernie inteligentna. Rozmowy o życiu, przeplataliśmy tymi o Bogu, a nawet filozofii! Nie spotkałem dotąd dziewczyny, która byłaby tak interesująca. Chciałem ją poznać lepiej, a równocześnie potrzebowałem oddechu, by nie udusić się samym sobą, bo za dużo mnie samego we mnie było przy tej małej.

To było najtrudniejsze do pojęcia, bo tak się właśnie czułem. Jakby coś napierało na płuca zawsze, gdy patrzyliśmy sobie w oczy. Bez słów i słownych deklaracji, a mimo to widziałem w nich wszystko. I to to przerażało mnie najbardziej, bo nie umiałem się w tym połapać.

– Jutro wracam do pracy i codzienności – mówiłem do siebie, starając się uspokoić, by nie pojechać do niej już teraz. – Pożyję tak jak dotąd i zobaczy się, co będzie dalej.

Niedzielny wieczór spędziłem na praniu ciuchów i ugotowałem prosty obiad z tego, co znalazłem w zamrażarce, co nie zepsuło się w lodówce i co do kupiłem w pobliskiej Żabce.

Jedząc samotnie posiłek, bez przerwy zastanawiałem się, jakby to było mieć Majkę obok siebie. Albo siedzącą przy kuchennym stole naprzeciw. Co robilibyśmy po zjedzeniu? Oglądalibyśmy film, czy gdzieś wyszli? Wiedziałem co. Skończyłoby się w łóżku, w mojej sypialni.

W nocy źle spałem, ale zrzuciłem to na karb powrotu do rutyny. Tak się czułem, jakbym wrócił z innego świata. Ale tak przecież było, bo byłem w innym świecie, którego nie wymyśliłbym nigdy. Dzięki Majce i jej szalonemu pomysłowi. Przez nią!

W poniedziałek wpadłem w wir zajęć firmowych. Telefony, maile i wdrażanie się w odłożone projekty. Cztery godziny pracy nad stronami internetowymi klientów i ich systemami sprzedaży. Dorobienie wiadra kawy i znów kilka godzin w skupieniu.

Wciąż majaczyła mi w umyśle uśmiechnięta buzia Majki. Albo jej wyraz, gdy kochaliśmy się, ale te myśli szybko odganiałem. Samo wspomnienie jej zapachu i tego, jak czułem się wtedy, powodowało, że mi stawał i byłem gotów jechać do niej. Zabrałbym ją do siebie i urzeczywistnił to, co układało mi się w głowie.

– Opętałaś mnie, wiedźmo – stęknąłem, wyłączając komputer.

Przegrałem z sobą, choć wcześniej miałem plan, by być twardym i nie ulec podszeptom chcicy. Chciałem jej i pragnąłem Majki. Czułem, że brakuje mi tej dziewczyny i po prostu muszę ją zobaczyć. To było tak silne uczucie, że w końcu skapitulowałem i wyszedłem z mieszkania.

Miałem zamiar jechać samochodem, ale postanowiłem się przejść, bo Majka mieszkała raptem pół godziny drogi ode mnie piechotą. Osiedle Ptasie i jej dom znajdował się tak blisko mojego mieszkania w kamienicy, że aż dziw bierze, że nie wpadliśmy na siebie w przeciągu ostatniego roku, od kiedy się tu wprowadziłem.

Lubiłem je, bo wiązało się z nim dużo wspomnień o dziadkach. Mieszkali tu babcia i dziadek, w końcu tylko ona, gdy jej mąż umarł i została sama. Kochałem ją i podziwiałem za to, jaka była. Dobra, ciepła i mądra. W końcu i ona odeszła.

Nim zacząłem studia, przez pół roku remontowałem mieszkanie po szkole, i robiłem to zazwyczaj z tatą. Na pierwszym roku studiów rozwijałem już swoją firmę i polegało to w głównej mierze na szukaniu klientów, dla których na początku stawiałem sklepy internetowe. W międzyczasie kładłem gładzie na ścianach, płytkowałem łazienkę, w końcu cyklinowałem podłogi w odziedziczonym mieszkaniu. Wszystkiego tego tata uczył mnie od momentu, gdy umiałem utrzymać w dłoni młotek, bez zagrożenia rozkwaszenia sobie przy tym palca. Wtedy tego nie cierpiałem i buntowałem się każdorazowo, gdy zabierał mnie do pomocy, gdy jechał ze zleceniem do klienta. Mimo to jechałem, bo jako nastolatek chciałem mieć swoją kasę. Kilkadziesiąt złotych z tygodniówek, starczało na niewiele, a po weekendzie z tatą przybywało mi oszczędności, które skrzętnie odkładałem.

Bardzo dużo nauczyłem się po śmierci dziadka, gdy zaczęliśmy remont mieszkania babci. To wtedy wymieniliśmy ogrzewanie i instalacje wodno-sanitarne i prądową również i z tym nie dyskutowałem. Babcia była święta za życia i gdy tylko chciała, przyjeżdżałem do niej, by pomóc w sprzątaniu. Gdy wreszcie zrobiłem prawko, woziłem ją na większe zakupy, choć zarzekała się, że nie trzeba, bo da sobie radę. Mimo to cieszyła się i każdorazowo wcisnęła mi banknot w nagrodę. I to u niej nauczyłem się myć okna, których w jej mieszkaniu było naprawdę sporo. Nawet balkon był oszklony, teraz był moim balkonem. Miałem sporo szczęścia, bo mieć swoje mieszkanie w tym wieku, to naprawdę rzadkość.

To z tego powodu założyłem firmę, chcąc samodzielnie utrzymać siebie i mieszkanie. Bez pomocy finansowej rodziców, korzystając z dofinansowania unijnego i w tym pomógł mi tata.

Życie na swoim i według własnych zasad szybko zmieniło postrzeganie świata. Nie chciało mi się chodzić po knajpach, bo szkoda mi było kasy i nie miałem od kogo uciekać. Większość piła w pubach, a gdy ja chciałem się napić, mogłem zrobić to u siebie z nogami na kanapie.

Żyło mi się wygodnie, choć mieszkanie było wciąż tylko częściowo umeblowane. Trochę starych mebli, które pasowały tutaj stylem i nowe sprzęty, przez kontrast linii wyglądające wyjątkowo dobrze. No i masa kwiatów, bo to było oczko w głowie babci.

Szedłem wzdłuż ulicy Kościuszki, tuż przy parku, w końcu skręciłem w osiedle Ptasie. Kluczyłem między domami, podziwiając zabudowę i uśmiechając się do siebie pod nosem. Cieszyłem się, że to robię, choć łamałem swoje postanowienie. Ale musiałem zobaczyć Majkę i usłyszeć ją. To było silniejsze ode mnie.

Podszedłem do ogrodzenia domu i znów uśmiechałem się do siebie. Widząc dom, napłynęły wszystkie wspomnienia od momentu, gdy obudziłem się w tutejszej piwnicy. I twarz Majki, wystraszonej, czy raczej przerażonej własnym postępowaniem, ale i zaciętej w postanowieniu zdobycia mnie. No i zdobyła. Czy taki był jej ostateczny cel? Rozkochać mnie w sobie na zabój?

Aż przystanąłem, gdy ta myśl dotarła do mnie. Zakochałem się w niej! O dziwo nie czułem się z tym źle, a raczej rześko, wręcz wspaniale!

Za ogrodzeniem mignęła mi postać z długimi, ciemnymi włosami. Na ten widok żołądek wywinął się na lewą stronę, w brzuchu obudziło się coś nieznanego. Poniżej działo się najwięcej. Jakbym widząc ją, już przygotowywał się do seksu. Cieszyłem się! Teraz, działo się to o wiele intensywniej.

– Cześć! – zawołałem schrypniętym głosem, i tylko nie wiedziałem, czy od nieużywania go przez ostatnie godziny, czy raczej z ekscytacji.

Chciałem powiedzieć, że dawno się nie widzieliśmy, lub inny podobny banał, ale nie zdążyłem, bo kobieta podniosła się z kucek i obróciła do mnie.

– Dzień dobry – odpowiedziała, ja nie od razu zrozumiałem, na kogo patrzę.

To musiała być mama Majki, bo siostry przecież nie miała. Patrzyłem na starszą wersję dziewczyny, która zawróciła mi w głowie i w całym ciele poniżej jej poziomu. Była bardzo ładna i równie podobna posturą i tylko włosy miała trochę krótsze.

Czy tak Majka będzie wyglądała w przyszłości? – zastanawiałem się, starając równocześnie odzyskać zdolność mówienia.

– Dzień dobry – przywitałem się, podchodząc do ogrodzenia. – Jestem Radek, kolega Majki.

– Radek? – odpowiedziała uśmiechem, unosząc brwi i nie mówiąc nic więcej.

– Tak – potwierdziłem, skłaniając głowę ciekaw, czy powiedziała o mnie rodzicom i najważniejsze, czy jest w domu?! Czy ją zaraz zobaczę? – Czy może ją pani poprosić?

Urwałem, bo nie wiedziałem, co więcej powiedzieć.

– Nie ma jej – odpowiedziała szybko. – Wyjechała na wakacje.

Nie dodała już ani słowa, a mnie na chwilę zatkało, bo przyswajałem, co powiedziała.

– Dziękuję – bąknąłem tylko, skłaniając głowę, po czym udało mi się dodać – to do widzenia.

Po tych słowach odwróciłem się, z zamiarem odejścia, ale nie umiałem się ruszyć. Nawet udało mi się uśmiechnąć i tylko uderzyło mnie podobieństwo oczu jej mamy i tego, jak uważnie na mnie patrzyła. I uśmiechu! Tak, to to samo lekkie uniesienie kącików ust, gdy tymczasem spojrzenie prześwietlało mnie do cna, przez co odniosłem wrażenie, jakby przejrzała mnie na wylot.

Wzrok uciekł mi na dom i okna pokoju, w którym tyle przeżyłem. W końcu odwróciłem się na pięcie i odszedłem, bijąc się z myślami, które zaczęły dziki taniec w mojej głowie.

***

Siedziałam w przedziale, niewidzącym wzrokiem patrząc na przesuwające się za oknem krajobrazy. Za pół godziny miałam dojechać do Włoszczowy, stamtąd pojadę PKS-em do wsi i w dwa kwadranse dojdę piechotą do domu babci.

Babcia mieszka prawie w środku lasu, w niewielkiej chałupie. Ma kury, króliki i kawałek pola. Nie dała się namówić na wyprowadzkę do miasta, choć zarówno mama, jak i jej druga córka namawiały ją na to. Kochała swoją oazę, jak określała to spokojne miejsce na obrzeżach mapy. Las, obok rzeczka i kilka budynków, a także ogród, który pamiętam z dzieciństwa.

Babcia to twarda kobieta i to do mnie od zawsze miała słabość. Mówiła, że jestem jej najbliższa, bo przypominam jej ją samą. I faktycznie, gdy patrzyłam na jej zdjęcia, widziałam podobieństwo w tej niewielkiej kobiecie.

To właśnie przez to wierzyłam, że szczęśliwa miłość nie jest mi dana, bo poza mamą żadna kobieta w naszym rodzie nie była szczęśliwa w małżeństwie. Teraz dochodziłam do drewnianego ogrodzenia, za którym gdakały kury, kwiaty pyszniły się kolorami na rabatach pod oknami, przez które to dobiegała mnie muzyka poważna.

Babcia chciała być solistką operową i nie raz śpiewała piorąc, gotując, czy pieląc grządki za domem. Nie została nią, ale nie wyglądała na nieszczęśliwą, a wręcz przeciwnie, wydawała się być spełniona. I nigdy nie narzekała! To w niej lubiłam. I wiarę w Boga, tym też mnie widać zaraziła. Kontaktowałam się dzięki niej z Najwyższym, a ten ostatnio był dla mnie łaskawy.

Ale czy na pewno? A może dał mi chwilę szczęścia, bym mogła poczuć, czego nie dostanę na stałe?

– Majka! – zawołała babcia, wychodząc na ganek tuż po tym, jak Ramzes dał jej znać pojedynczym szczeknięciem o moim przybyciu.

Psi senior, przyjaciel babci merdał przy tym długim ogonem tak zamaszyście, że wyglądał, jakby tańczył, a nie witał się po psiemu.

– Cześć, babciu! – przywitałam się, zamykając za sobą drewnianą bramkę. – Widzę, że Ramzes jak zwykle czujny! – mówiąc to, pochyliłam się i podrapałam psa za uchem.

– Tak i mam wrażenie, że poznał sekret długowieczności! – Babcia wycierała dłonie w przewiązany w pasie fartuch. – Może nawet nieśmiertelności.

Weszłam na ganek, przytuliłam się do babci, później zostałam poprowadzona do kuchni. Od kiedy pamiętam, to kuchnia była sercem domostwa. Mama przejęła tę ideę przy tworzeniu domu. Jak zwykle na babcinym piecu coś się gotowało, na parapecie stał słój z buraczanym zakwasem, a na półce w gliniakach kisiły się warzywa. Kotka uniosła łepek i ledwie zaszczyciła mnie spojrzeniem żółtych oczu. Wszystko było takie, jak zapamiętałam z czasów dzieciństwa.

– Zmieniłaś się – powiedziała, równocześnie stawiając przede mną talerz z gęstą zupą. – Zakochałaś się?

– Skąd wiesz? – Nawet nie próbowałam powstrzymać uśmiechu.

Cała babcia, czyta we mnie, jak w otwartej księdze.

– Widzę to w twoich oczach – odparła, a zmarszczki wokół jej, równie zielonych co moje oczu, pogłębiły się, tworząc siateczkę. – Wie o tym?

– Ale kto? – pytałam, choć wiedziałam, że pyta o Radka. – Chłopak? Wie. Nie miał szans, by to przeoczyć.

– A nie jesteś z nim teraz bo…? – urwała, dając tym samym znak, bym dokończyła zdanie.

– Bo musi najpierw zrozumieć, że nie może beze mnie żyć.

– No to jest bez szans – stwierdziła, siadając naprzeciw mnie, po drugiej stronie starego stołu. – Już to widziałam i widać, że kontynuujesz tradycję rodzinną.

Uśmiechnęła się tajemniczo, ja prawie zastrzygłam uszami.

– O czym mówisz? – pochyliłam się do niej, pod łokciami wyczuwając wgłębienia i rysy w blacie stołu.

Mebel pamiętał czasy dzieciństwa zarówno mojego, jak i mojej mamy.

– Opowiem ci, jak to było z twoim tatą – zaczęła tajemniczo, gestem dłoni dając mi znać, bym w tym czasie jadła podaną przez nią zupę. Skosztowałam i jaż jęknęłam, tak była dobra. No tak, talent do gotowania też musiał przechodzić z matki na córkę pokoleniowo. – Tylko nie mów mamie, że ci powiedziałam, bo chyba przez rok by się do mnie nie odezwała. Obiecasz mi to?

– Jasne, babciu – sapnęłam przejęta, bo okoliczności poznania się rodziców zawsze oboje zręcznie pomijali. – Obiecuję!

A później słuchałam i miałam wrażenie, że twarz mi się wydłuża, a szczęka leży na blacie stołu, tuż obok talerza. Może nawet w samej zupie.

Chcesz już teraz przeczytać całość? Możesz, bo na wakacje przygotowałam prezent dla osób zapisujących się na mój newsletter. 

The form you have selected does not exist.

Szukaj mnie też na Empik i Legimi

Zostaw Komentarz