Trzydzieści plus cz. 1

Trzydzieści plus książka lub ebook romans erotyczny

Majka dowiaduje się o spadku, jaki zapisała jej daleka krewna i mimo licznych wątpliwości przyjmuje go i staje się właścicielką pałacyku w Bobolinie oraz pokaźnej gotówki, którą ma przeznaczyć na wyremontowanie całości testamentowego zapisu. Z chwilą przekroczenia progu pałacu, Majka staje się uczestnikiem niewyjaśnionych zjawisk, których źródłem jest okazałe domostwo. Renowacją majątku ma zająć się Olek, który mimo początkowej niechęci postanawia przyjąć zlecenie. Tajemnice budują ogromne napięcie. Daj się porwać dramatowi wojennej okupacji, gorącym uniesieniom erotycznym, mrożącym krew w żyłach scenom rodem z najlepszych horrorów. Zakochaj się w tej opowieści i historii miłości, której moc trwa mimo śmierci.

Rozdział pierwszy

Żyła 30 lat. Nikogo nie kochała. Samotny wilk.

Tak zdaniem Majki brzmiałby napis na jej grobie, gdyby nagle umarła. Sądziła, że nie zależy na niej nikomu, może poza rodzicami, ale miłość do własnych dzieci jest ich naturalnym odruchem. Nie mieli na to wpływu, więc i nie o takiej miłości myślała tego czarnego dnia.
Miała ochotę umrzeć, a właściwie strzelić sobie w łeb, ale zacznijmy opowieść o Majce od początku.

Maja mogła się poszczycić wykonywaniem względnie ciekawej pracy, dzięki której mogła pozwolić sobie na w miarę wygodne życie – opłacenie mieszkania, jedzenia, fryzjera oraz kosmetyczki, i zawsze jeszcze coś udało się odłożyć na zagraniczne wakacje. Czasem niełatwo jednak być singielką. Niezamężna, bez rodziny na utrzymaniu miała na przykład kłopot z zaciągnięciem kredytu. Gdyby chociaż była rozwódką, inaczej patrzono by również na jej CV.

Wychowana w wielodzietnej rodzinie, otrzymała gruntowne wykształcenie. Miała tytuł magistra w papierach, stwierdzała też brak narzeczonego na stanie i w planach. Nie znosiła dzieci i wcale tego nie ukrywała. Rozwrzeszczani mali ludzie brzydzili ją od zawsze. Odwracała wzrok od obsmarkanych dziecięcych twarzy, od brzdąców drących się wniebogłosy, bo czegoś chcą. Zazwyczaj chodziło o coś przyziemnego jak jedzenie i nieraz dziwiła ją obserwacja podobnego zjawiska w sklepie czy restauracji. Faktem było, że zaczęła unikać miejsc, w których zmęczone i zaniedbane zazwyczaj matki robiły zakupy, użerając się z uciekającym jej maluchem. Zgrzane i spocone lub zestresowane i nerwowe, za każdym razem pragnące zejść ludziom z oczu, uciec poza zasięg ciekawskich spojrzeń, wzbudzały w niej niechęć i współczucie.

Nie jej pisane jest bycie matką i wiedziała o tym od zawsze. Nigdy nie poczuła ukłucia tego sławnego instynktu macierzyńskiego, nie zaczęło jej mocniej bić serce na widok wózka z niemowlęciem. Nie raz zastanawiała się, co by było, gdyby miała swoje własne dziecko. Może wtedy poczułaby coś głębszego?

Jednego czuła się absolutnie pewna – nie chciała stać się matką i uważała, że nie nadaje się do tej roli. Tak zwyczajnie i wbrew regułom. Była całkowicie inna, niż reszta rodziny.

Miała dwie siostry, obie zamężne i spełniające się w byciu matkami i żonami. Rozumiała to, nigdy nie zakpiła z żadnej. Choroby dziecięce, omawianie kolejnych etapów rozwoju fizycznego i psychicznego dziatwy, odżywianie i usypianie – oto tematy, które całkowicie pochłaniały je przy każdym spotkaniu. Dla Majki były to sprawy obce, ale nie lekceważyła ich. Każdorazowo po prostu uciekała od takich rozmów, byle zejść z linii strzału, gdzie amunicją stawały się opisy rzadkich kupek, wzdęć i przepisów kulinarnych składających się ze zmiksowanych warzyw i mięsa królików z ekologicznych gospodarstw. Majka rozumiała, że można kochać bycie rodzicem, obsługiwanie męża, dbanie o domek z ogródkiem i że można realizować się w polowaniu na zdrową żywność, a nawet zrobić z tego swoją osobistą religię. Podziwiała takie kobiety za cierpliwość do swojej rodziny, bo dzięki nim przecież istniała rasa ludzka. Zdawała sobie jednak sprawę z faktu, że ona sama nie jest stworzona do egzystowania w stadzie.

Majka najlepiej czuła się sama ze sobą. Może jeszcze z kwiatami, które były jej hobby. Wyhodowanie rośliny od ziarenka fascynowało ją, toteż każdy z parapetów w mieszkaniu pokryła doniczkami. Tak właściwie to te parapety – ich szerokość i nasłonecznienie – były głównymi atutami mieszkania. Bliskość parku kolejnym. Od pięciu lat miała psa Jajnika – starego, bezzębnego już, z odzysku. Z bielmem na oku, przerośniętymi pazurami na końcu krótkich, powykrzywianych łapek i z lekko łysiejącym karkiem był najbrzydszym, a przez to i najsłodszym w jej mniemaniu psem pod słońcem. Inteligentny, zrównoważony, z mnóstwem nawyków, jak przystało na jedenastoletniego psiego seniora.

Zośka. – Majka warknęła w telefon. – Muszę się z kimś schlać. Oblać moją trzydziestkę i opłakać byłą pracę.

Straciłaś pracę?! – Od lat nie bawiły się w uprzejmości i od pierwszego słowa przechodziły do rzeczy. – Sprzedam Majtka mamie i przyjadę do ciebie. Coś przywieźć?

Siebie i wódkę. Jedzenie zamówię.

To do wieczora. – I rozłączyła się.

***

Wszystkiego najlepszego! – Zośka ucałowała ją, celując ustami w oko. Już po pierwszym drinku zaczynał jej się plątać język. – Jak mogli wyrzucić akurat ciebie?
Kolejną szklaneczkę Majka rozrzedziła sokiem, zmniejszając stężenie alkoholu. Wiedziała, że jeśli chce wygadać się przyjaciółce, to musi uważać, by ta nie piła zbyt szybko. W przeciwnym razie za godzinę będzie trzymała jej włosy, by te nie umoczyły się w toalecie.

Zapytałam o to i powiem ci, że uważałam swojego byłego szefa za bardziej inteligentnego człowieka. Umotywował zwolnienie mnie tym, że nie mam rodziny, kredytów, więc wyrządzi w ten sposób mniejsze zło.

A ten nowy? – Zośka poderwała się i zaczęła przechadzać po pokoju.

Jajnik uniósł łeb, spojrzał na nią, po czym z sapnięciem opadł z powrotem na kanapę.

A ten nowy jest synem jego kolegi, więc sama rozumiesz.

Do swojej szklaneczki Majka dolała kolejną porcję wódki. Miała mocną głowę i od zawsze potrafiła przepić wszystkie swoje koleżanki, a i niejednego mężczyznę.

No tak. – Zośka usiadła i sięgnęła po szklankę. – Ofiarę sobie z ciebie zrobił.

Coś w tym rodzaju – mruknęła, starając się wymacać wibrujący w torebce telefon. – Ki czort o tej porze?

Zamarła z aparatem w wyciągniętej dłoni. Dzwoniła mama, więc musiało się coś stać. Kto jak kto, ale ona trzymała się zasady nieniepokojenia ludzi po dwudziestej. Cała masa czarnych myśli przemknęła przez głowę Majki, włącznie ze śmiercią taty. Przeciągnęła palcem ikonkę zielonej słuchawki i uniosła aparat do ucha.

Halo.

Witaj, Maju. – Już po tonie powitania wyczuwała, że coś jest nie tak. – Wpadniesz do nas jutro?

A co się stało? – Niepokoiło ją to, że matka nie odpowiedziała na pytanie i nie naświetliła sprawy choć odrobinę od razu, przez telefon.

Nic takiego, wszyscy zdrowi. – Wyglądało na to, że nic z niej nie wyciągnie. – Bądź rano, a teraz baw się dobrze i dobranoc. Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin – dodała, po czym przerwała połączenie.

Kurwa mać! – Majka rzuciła telefon na kanapę, patrząc na aparat ze wstrętem. – Ciekawe, jaki news przekażą mi rodzice. Może mnie wydziedziczają jako bezużytecznego wyrzutka społeczeństwa, bo nie chcę przedłużać ciągłości rodu?

Co ty pierniczysz? – Zośka ze śmiechem machnęła ręką, rozlewając przy okazji część zawartości szklanki. Zalała przód bluzki, ale była zbytnio zaaferowana okazywaniem entuzjazmu i wstawiona, by zwracać uwagę na takie szczegóły. – Zawsze możesz się przydać jako pielęgniarka, gdy już będą przykuci do wózków inwalidzkich.

Dzięki, idiotko. – Ze stęknięciem sięgnęła po telefon. – Właśnie takich słów pocieszenia mi było trzeba. Opieka nad kilkudziesięciokilogramowymi dziećmi stojącymi jedną nogą w grobie?! To jaką pizzę chcesz? – Wolała zmienić temat, widząc, że Zośka odebrała jej słowa jako komplement. – Zamówię teraz, póki umiem artykułować nasze potrzeby.

W nocy w przeciwieństwie do Zośki i mimo wiadra wypitego alkoholu odpoczywała fatalnie. Zazwyczaj po wypiciu kilku drinków spała niczym dziecko. Tego wieczora osuszyła ponad pół litra wysokoprocentowego trunku, a mimo to zasypiała przez ponad dwie godziny, przewracając się z boku na bok. Gdy wreszcie zmógł ją sen, śniła koszmar. Nie do końca nieprzyjemny, bo było w nim mnóstwo seksu, dusznych oddechów, a nawet orgazm, który obudził Majkę z płytkiego snu. Z tyłu głowy czuła jednak, że ten seks nie prowadził do niczego dobrego. Dokładnie pamiętała oszalały pożądaniem wzrok i gniewne pomruki mężczyzny gwałtownie poruszającego się w niej, unieruchamiającego jej głowę dłońmi, zaglądającego w oczy. Mówił coś w obcym języku, ale nie rozumiała słów. Krzyknął, szczytując, a chwilę później obudziła się.

Obawiała się ponownego zaśnięcia, lecz w końcu przegrała ze zmęczeniem umysłu. Nie śniło jej się już nic.

Rano kac gigant wbił ją w miękki materac. Gdy tylko unosiła głowę nad poduszkę, czuła się, jakby ktoś założył jej zbyt ciasny hełm, w dodatku o wadze słonia. Alkohol wchłaniała bezproblemowo, ale z utylizacją szkodliwych substancji jej organizm radził sobie o wiele gorzej. Po pół godzinie trwania w bezruchu z językiem przyklejonym do skacowanego podniebienia zmusiła ciało do siadu, a w końcu do wstania. Powlokła się do kuchni, wiedząc, że tam znajdzie lek na swoją dolegliwość. Do dwóch wysokich szklanek nalała wodę z ogórków kiszonych, uważając, by warzywo nie wpadło do szklanki. Wycisnęła sok z trzech cytryn i wlała go do kiszonki. Zamieszała i – wmawiając sobie, że pije pyszny nektar – wychyliła szklanicę, pochłaniając kwas w kilku łykach. Odstawiła puste naczynie i beknęła donośnie, doceniając fakt, że bez skrępowania może zrobić coś tak obleśnego.

Znała scenariusz najbliższej pół godziny. Obudzi Zośkę, a ta będzie się wzbraniać przed wypiciem mikstury, odgrażając się puszczeniem na nią pawia. W końcu jednak skapituluje, wypije i poczuje się o niebo lepiej. Później będzie jej dziękować, a w końcu włączy panikę. Jak zwykle, bo przecież musi zachowywać się zgodnie ze schematem o nazwie matka idealna. Dzień wcześniej zaszalała, więc wyznaczy sobie za to pokutę. Będzie gotowała pięć obiadów równocześnie, w tym czasie zrobi zakupy, pranie i loda mężowi. Wieczorem padnie na pysk z poczuciem wypełnionego obowiązku.

Patrząc na Zośkę, Maja utwierdzała się w przekonaniu, że nie potrzebuje stałego związku. Lubiła seks i potrafiła dochować wierność samcowi, z którym w danym czasie tworzyła parę. Niestety, mężczyźni nie czuli się zaspokojeni, dostając od niej jedynie ostre rżnięcie. Potrzebowali całej masy dodatkowych stymulatorów: posiłków podanych pod nos, posprzątania przestrzeni wokół nich, a do kompletu zaokrąglającego się brzucha, w nim potomka. Tego dać im nie mogła, bo zwyczajnie nie chciała. Dawniej uważała mężczyzn za inteligentne istoty, które wiedzą, jak o siebie zadbać. Ten mit w głowie Majki umarł tuż po ukończeniu przez nią dwudziestego piątego roku życia. Wtedy to doszła do wniosku, że faceci są pasożytami. Zostali właśnie tak wychowani przez kobiety będące ich matkami. Kolejne pokolenia kontynuowały nieszczęście, powielając schemat.

Majka trwała w postanowieniu bycia kobietą niezależną, ale bez źle pojętych feministycznych zapędów. Lubiła męskie towarzystwo i nie odmawiała tej części populacji prawa do istnienia na świecie. Uważała po prostu, że żaden z nich nie był dotąd z nią kompatybilny, nie nadał się na jej partnera.
Zauważyła prawidłowość, że im starsza się stawała, tym mniej interesujących osobników płci męskiej pozostawało do jej dyspozycji.
Zaczęła rozważać pozostanie singielką na zawsze i myśl ta nie napawała jej przerażeniem.

Poznaj całą historię Majki i Olka

Dodaj komentarz