Wakacyjny epizod cz. 12

Od razu Ci powiem, że dawno mi tak bohaterowie nie nawyrabiali, o czym przekonasz się w tym rozdziale 🙂 Ale przyzwyczaiłam się już do tego, co potrafią wywinąć. I jestem ciekawa Twoich odczuć.

Rozdział 12 – Odkrycia 

TOMEK

nocy, gdy wróciłem do pokoju, Filip spał. Jeśli nawet nie, to tak wyglądał. L zwrócony twarzą do ściany, jakby nie chciał nawiązywać kontaktu wzrokowego. Cholera, tak naprawdę to mógł faktycznie zwyczajnie spać. Po prawdzie, to poczułem z tego powodu ogromną ulgę. Wolałem przespać się z tym, co wydarzyło się w łaźni. Choć tak właściwie to tam nie wydarzyło się nic szczególnego. Ot koleś podał mi swój ręcznik, pomagając gdy byłem chwilowo unieruchomiony, a raczej oślepiony.

Mimo wszystko czułem się dziwnie i jakoś tak… inaczej. W sumie to nie rozumiałem powodu tego stanu, co było co najmniej idiotyczne.

Obudziłem się o piątej. Szybko i najciszej jak potrafiłem przebrałem się w ciuchy do biegania, zgarnąłem buty spod łóżka i na palcach wymknąłem się z domku.

– Ja pierdolę, co za idiotyzm! – warczałem pod nosem, idąc leśną ścieżką, rozgrzewając mięśnie, robiąc wymachy ramion nim przystąpię do biegu. – To przez tą laskę! Tamta mnie prześladowała, to teraz mi się włączają jakieś chore tryby w głowie!

Postanowiłem dać sobie w kość. Musiałem wyciszyć umysł, a bieg na granicy wytrzymałości tlenowej był czymś, co skutecznie pozwalało uśpić umysł i skupić się wyłącznie na ciele.

Po niespełna godzinie wracałem spokojniejszy, zmęczony i głodny. Planowałem szybki prysznic, pobudkę swojej grupy i zbiórkę na rozgrzewkę. Później czekał nas marsz do zaśmierdłej stołówki i śniadanie, co do którego nie robiłem sobie nadziei. Pewnie znów dostaniemy zimne jajka na twardo, do tego tłuste i pozbawione smaku parówki, oraz w miarę znośny chleb. Obiecywałem sobie, że na pierwszej wycieczce do miasta kupię zestaw witamin. Najchętniej zamówiłbym je w necie, ale wątpiłem, by kurier pofatygował się z nimi na to wygwizdowo.

Planując i rozmyślając nad tym, na co miałem wpływ, wbiegłem po trzech stopniach i wszedłem do domku.

– Cześć – przywitał mnie Filip. – Jak bieganie?

Siedział na łóżku, plecami opierał się o ścianę, a nogi wyciągnął tak, że trzeba było ponad nimi przejść. Musiałem cholernikowi przyznać, że rzeźbą ciała powalał na kolana. Cholera, ja dostałem dobre geny, ale jego faktycznie pochodziły chyba z kosmosu! Szerokie ramiona i idealnie proporcjonalne, do tego klatka piersiowa i brzuch z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Bez przegięć, napompowania i przećwiczenia. Ot jakby natura dała mu więcej, niż innym. I ta twarz!

– Super, dzięki – bąknąłem, ganiąc się natychmiast. Nie miało sensu zachowanie, niczym obrażony, na pewno wycofany gościu. Pewnie takie sprawiałem wrażenie. Musiałem zacząć zachowywać się naturalnie, nie jak mruk. – Najlepsza pora, nim zacznie się upał, chociaż i tak już jest gorąco.

Nie jego wina, że wrzucili go do mojej kwatery, jak i to, że interpretowałem jego wczorajsze zachowanie jako… No właśnie. Jako co? Zagrożenie dla mojej męskości? Czy aż takim homofobem jestem, że otwarty sposób bycia obcego faceta napawa mnie takim lękiem? To świadczy wyłącznie o moich blokadach i ograniczeniach.

– A ty co ćwiczysz, że… – i tu urwałem, bo nie wiedziałem jak określić to, że po prostu tak dobrze wygląda.

– Niewiele – zaśmiał się, podciągając na ramionach do siadu, by zrobić mi więcej miejsca w przejściu. – Po prostu dobrze wyglądam, a w pracy dostałem wręcz zakaz zbytniego treningu, żeby za bardzo się nie zmienić.

Kup poprzedni tom pt. "Worek treningowy"! Ebook kupisz u mnie w sklepie, ale możesz też czytać na Legimi i w EmpikGo

Dodaj komentarz