Wakacyjny epizod cz. 13

I co? To rozkręcamy imprezę?

(Roz)Poznanie

IZA

Kazano mi jechać do pana Alka. Tak powiedziano, kierując w poszukiwaniu fachowca.

– Myślę, że tylko ten człowiek ma głęboko w nosie tutejsze układy – pani Ula starała się zapanować nad emocjami.

– Układami? – Tata wyartykułował dręczące mnie pytanie. – Kto z kim i dlaczego.

– Chyba wszyscy, począwszy od sołtysa – westchnęła w odpowiedzi. – Wioska niewielka, mieszkańców mało, ledwie kilkadziesiąt rodzin. Połowa pracuje w urzędzie miasta, dwoje w sanepidzie. Mąż właścicielki karczmy, w której się stołujemy ma warsztat samochodowy, do którego jeździ się z pobliskich wsi i miasteczek. W karczmie organizowanych jest większość imprez rodzinnych, komunii, wesel i temu podobnych. To sterylne środowisko i każdy każdemu stara się sprzyjać, więc wpuszczenie drugiego obiektu rozrywkowo wypoczynkowego zaburza ten mikro system.

– Ty nie jesteś stąd? – Zapytał tata i widziałam, że pani Ula interesuje go bardziej, niż bym się spodziewała.

Świadczył o tym specyficzny uśmiech, który miał zarezerwowany dla bliskich. Inny niż oficjalny, bo ocieplający spojrzenie, którym też na dłużej zatrzymywał się na jej twarzy.

– Niby tak, ale nie – odparła z uśmiechem. – Wyłamałam się i wyjechałam na studia do miasta. Później podróżowałam po świecie, w końcu pracowałam u kogoś. Wróciłam dopiero gdy rodzice zaniemogli. Miałam nadzieję, ze uda mi się rozkręcić interes, ale tak jak mówiłam, na układy nie ma rady.

– A ojciec Staśka? – Pytanie wyskoczyło ze mnie, nim do umysłu dotarło, jak niestosowne jest zadawanie tak bezpośredniego i w sumie wścibskiego pytania. – Przepraszam – bąknęłam, czując że czerwienieję na twarzy.

– Nie ma ojca. – Wzruszyła ramionami i wyglądało na to, że nie czuje się urażona, a co najwyżej rozbawiłam ją swoją reakcją. Pomyślałam, że pewnie nie raz słyszała podobne pytanie i z czasem przywykła do ludzi wtykających nos w jej sprawy. – To znaczy oczywiście, że dawca kluczowego plemnika był, ale nie kwapił się do bycia nikim ponadto. Ot, błąd młodości – uśmiechnęła się smutno, wzruszając ramionami . – Wychowuję go sama, czy raczej wychowałam.

Teraz jechałam do Alka, człowieka który miał ponoć w dupie wszelkie układy. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie było czasu na pytania.
Tata zapalił się do pomysłu renowacji posiadłości i wtajemniczył mnie w swój plan. Wtajemniczył i pytał o zgodę, bo miał zamiar wejść w ten projekt na sto procent. Chciał zainwestować w stworzenie ośrodka wypoczynkowego z prawdziwego zdarzenia. Odnowić domki, stołówkę i uruchomić kuchnię. Miał plany związane z przylegającym do posiadłości zarośniętym jeziorkiem i pewnie więcej pomysłów, o których nie zdążył mi powiedzieć. Gdy zakomunikował wstępne zamiary i zobaczyłam żar, jaki rozpalił się w jego spojrzeniu wiedziałam, że to będzie coś, czemu będzie chciał się poświęcić. Wyglądało na to, że znalazł cel i wreszcie coś go cieszy. Zapalił się do projektu, ja nie zamierzałam mu tego odradzać. Na ile miało to związek z osobą właścicielki tego nie wiedziałam. Pewnie dowiem się tego z czasem. Pytać nie będę. Z całych sił trzymałam kciuki, by ten ogień płonął w nim i nie osłabł.

Zajechałam przed wysokie, kamienne ogrodzenie i drewnianą bramę zgodnie ze wskazaniami nawigacji. Wyglądało na to, że właściciel ceni sobie swoją prywatność i stąd takie zasieki. Na szczęście przy witaczu zauważyłam przycisk i kamerę nad bramą. Podjechałam więc bliżej i zadzwoniłam, wychylając się z okna auta taty. Lubiłam ten samochód mimo że był dla mnie za duży. To nie przeszkadzało w prowadzeniu go i tylko utrudniało mi parkowanie w mieście.

Czekałam, wpatrując się oczko kamerki, ale nikt nie odzywał się w domofonie. Zadzwoniłam ponownie i jeszcze raz. Nic, cisza, zero reakcji.

– I co teraz? – mruknęłam pod nosem, zastanawiając się, co począć.

Takiego scenariusza nie przewidziałam, nie brałam pod uwagę nieobecności gospodarza.

– To poczekam – mówiąc to, wyłączyłam silnik, nie przejmując się faktem, ze tarasuję wjazd na posesję.

Tak będę przynajmniej pewna, że w razie czego nie zostanę przeoczona przez właściciela. Chociaż jak tu przegapić zieloną terenówkę?

Minęły dwa kwadranse, godzina, w kocu półtorej. Zniecierpliwienie, które na początku czułam, zastąpiła senność i spokój. Wysiadłam z auta i spacerowałam po utwardzonej, wysypanej drobnymi kamieniami drodze dojazdowej. Później ciesząc się, że założyłam wysokie trampki, pozwoliłam sobie na spacer wzdłuż ogrodzenia. Brnąc po kolana w wysokiej trawie, zadzierając głowę, bo mur ciągnął się i nie widziałam sposobu na zajrzenie poza niego. Ciekawość zżerała mnie, co też takiego właściciel chce aż tak ukryć przed ludzkimi oczami. A może po prostu lubi prywatność, ceni ją i nic poza tym?

W końcu dobiegł mnie warkot silnika z oddali. Przybliżał się, więc pewnie właściciel wracał do domu. Nie myliłam się. Kilka minut później zobaczyłam zbliżający się pojazd i tylko miałam nadzieję, że to człowiek, do którego mnie wysłano.

Auto podjechało, zaparkowało za moim, silnik zgasł. Otworzyły się drzwi, a po chwili wysiadł z niego mężczyzna. Wysoki, postawny, w wieku około czterdziestu lat. Przystojny, biorąc pod uwagę fakt, że był sporo starszy ode mnie.

– Dzień dobry! – zawołałam, ruszając do niego z uśmiechem. – Czy pan Aleks?

– A kto pyta? – Odpowiedział krzywym uśmiechem i nie wyglądało na to, by cieszył się odwiedzinami niezapowiedzianego gościa.

– Iza. – Wyciągnęłam dłoń w geście powitania. – Z rancza koło młyna. Przysłała mnie pani Urszula.

– A w jakim celu? – Uścisnął moją dłoń, po czym cofnął się, wsuwając dłonie do kieszeni.

– Potrzebuje pana do pomocy przy odbudowie rancho – wyjaśniłam skrótowo. – Zapraszamy pana na rancho.

– Zobaczę, kiedy mi się uda przyjechać – mruknął, odwracając się ku samochodowi. – Dam znać.

Byłam uprzedzona o tym, że jest niechętny do przyjazdu i mam kuć żelazo na gorąco.

– Muszę nalegać, by przyjechał pan jak najszybciej. – Kurczę, nie przygotowałam sobie scenariusza tej rozmowy i to źle! Najwyraźniej chciał mnie spławić, bo wsiadł za kierownicę swojej terenówki i odpalił silnik. – Sprawa jest pilna i szykuje się spora inwestycja.

– Rozumiem i tak jak powiedziałem, dam znać, kiedy będę – mówiąc to, patrzył na mnie, niczym na oślizłą żabę. – Proszę odjechać i dać mi wjechać na posesję.

Rozejrzałam się wokoło, zastanawiając się gorączkowo, jak zyskać na czasie. Błysnął mi w głowie pomysł.

– Nie zawrócę tu przed bramą. – Zaplotłam ramiona pod piersiami, wzrok faceta skoncentrował się momentalnie na moim biuście. Pewnie chciał mnie onieśmielić, ale tylko mnie tym rozśmieszył.

– A to dlaczego? – Wychylił się przez otwarte okno z kwaśną miną.

– Bo nie chcę z niej zjechać i zaryć się na poboczu w rowie – odparłam, zadzierając brodę.

– To ja to za ciebie zrobię. – W głosie słyszałam kpinę.

– Nie ma mowy. – Nie dałam się zbić z pantałyku. Nie speszy mnie pobłażliwym tonem! – Nie wpuszczam za kierownicę obcych.

– Czyli chcesz, żebym z tobą jechał, ale nie dasz mi przeparkować auta? – Teraz wyraźnie pobrzmiewały nuty niedowierzania.

– Tak, taką mam zasadę. – Wzruszyłam ramionami ciekawa tego, jak zareaguje na odpowiedź. – Nie pożyczam samochodu, bielizny i szczoteczki do zębów.

Kup poprzedni tom pt. "Worek treningowy"! Ebook kupisz u mnie w sklepie, ale możesz też czytać na Legimi i w EmpikGo

Dodaj komentarz