Wakacyjny epizod cz. 15

Rozdział 15

Hot!

TOMEK

W drodze ze stołówki Filip opowiadał mi o Izie, jej tacie i tym, co ich spotkało kilka lat temu. Żona pana Jurka miała raka. Jak to zgrabnie określił: ten zawinął ją w przeciągu pół roku. Rak żołądka, dużo bólu i cierpienia. Jak to ładnie ujął, po par pierwszy od lat widzi i słyszy od Izy, że jej tata zainteresował się czymś tak bardzo i chce w to wejść całym sobą. Zaryzykować odłożonymi pieniędzmi i spróbować w życiu czegoś, o czym marzył od lat. Ponoć z żoną planowali wyprowadzkę z miasta, ale przewrotny los pokrzyżował im plany. Teraz miał zamiar zainwestować w ranczo i choć nie na zasadach, jak planował to z żoną, to jednak miało to być spełnienie przynajmniej części jego pragnień.

Słuchając Filipa zastanawiałem się, czy ja sam pozwoliłbym swojemu ojcu na tak poważny krok i nie przeciwstawiał się, uważając że mu odbiło. Czy przyjąłbym jego decyzję bez szemrania, czy może chciał przekonać do tego, by żył jak dotychczas? Mogłem tylko gdybać, bo nie znalazłem się w takiej sytuacji. Moi rodzice żyli w zdrowiu i w zgodzie. Nie stali przed takimi dylematami i problemami.

Zbieraliśmy się na plażę. Pogoda była po temu wyśmienita i tylko dzisiaj mieliśmy wybrać plażę, przy której zejście do jeziora było bardziej ocienione. Skwar bił z nieba mimo wczesnej pory i wyglądało na to, że po południu temperatura przekroczy trzydzieści stopni w cieniu. Należało więc zadbać o to, by dzieciaki nie przegrzał się, by żadne nie zaliczyło dziś udaru, czy poparzeń słonecznych.

Przebrałem się w kąpielówki korzystając z okazji, że w domku nie było Filipa. Organizował właśnie swoją grupę dziewczyn, czy raczej grupę Izy, nad którą przejął pieczę i ustalał godzinę wyjścia. W głównej mierze miał przypilnować, by zobowiązały się, że nasmarują się porządnie kremami z filtrami. Z nas wszystkich to Sandra miała najwięcej roboty ze swoją grupką, bo to ona smarowała plecy dziewczynkom. Musiała przypilnować, by spakowały ręczniki i picie, a także jabłka, które pani Ula przyniosła dziś na werandę domku Izy.

Gdy byłem gotowy do wyjścia, wrócił Filip. Uśmiechnięty i wesoły wszedł do pokoju i opadł na łóżko.

– Co cię skłoniło, żeby zostać wychowawcą kolonijnym? – zapytał, zatrzymując mnie w progu drzwi. – Pytam, bo ja bym się chyba nie zdecydował z własnej woli. Tyle dzieciaków!

– Jesteś jedynakiem? – zadałem jedyne, logiczne pytanie.

– Tak.

– A ja nie i jestem przyzwyczajony do tłoku na co dzień i… uciekłem też przed czymś – dodałem, zamykając drzwi, opierając się o nie. Jemu mogłem o tym powiedzieć. Z resztą, byłem ciekaw jego reakcji. – Studiuję i pracuję w knajpie w weekendy, a w tygodniu jako ratownik na pływalni. Jedna dziewczyna zmieniła się w mojego stalkera, więc zmyłem się z jej radaru. No i chciałem odpocząć.

– Ratownik? – Po tym słowie zrobił pauzę i zjechał wzrokiem z mojej twarzy w dół. – Stąd takie ciało. – Zrobił mi bezwstydną obcinkę, co tylko mnie skrępowało. – Dziewczyna? – Spoważniał. – Nie dziwię jej się w sumie.

– Przeginała pałę i to konkretnie – mruknąłem, onieśmielony jego słowami. – Śledziła mnie, nagrywała, czułem się jak na widelcu.

– Też bym cię chętnie obserwował. – Uśmiech na jego twarzy zgasł, podniósł się z łóżka. – Kusisz i przyciągasz, wiesz?

Mówiąc to podszedł, stanął metr przede mną i po prostu patrzył. Miałem wrażenie, jakby między nami zgęstniało powietrze. Dał krok w przód i oparł dłoń na drzwiach przy mojej głowie. Pochylił się i szepnął mi do ucha:

– Nie podobało ci się, że ktoś na ciebie patrzy? – Pytał o jedno, ale tembr głosu przywodził mi na myśl pieszczotę słowną. – Nie lubisz, gdy czyjeś oczy ci się przyglądają?

Pochylił się, zawisając kilkanaście centymetrów przed moją twarzą i patrzył mi wprost w oczy.

Czas zamarł, ja zastygłem w bezruchu i jedyne co rejestrowałem, to ogromne źrenice w najbardziej błękitnych oczach, w jakie dotąd patrzyłem. Z oczu wzrok mój zjechał na linię żuchwy, która drgała, zaciskając się. W końcu na usta, delikatnie rozchylone i dolną wargę, którą bardzo powoli zagryzł i trzymał. Wysunęła się spod linii zębów, krew napłynęła w blade miejsce, uciskane jeszcze chwilę temu.

– Podoba mi się, gdy ty patrzysz – wyszeptałem, czy raczej coś we mnie zrobiło to bez udziału umysłu i rozsądku.

– Patrzę – mruknął, wpatrując się w moje usta. Odległość między nami znikała. – I bardzo cię widzę.

Myślałem, że mnie pocałuje. Czułem ciepło jego oddechu. Ale zrobił to znowu. Zamarł o milimetry ode mnie, jakby czekał na mój ruch. Na to, że pokonam dzielącą nas przestrzeń, dając mu tym dowód, że chcę pocałunku, że robię to z własnej woli. Prawda była taka, że w tym momencie nie pragnąłem niczego bardziej. Tylko jego warg, języka i dotyku!

Kup poprzedni tom pt. "Worek treningowy"! Ebook kupisz u mnie w sklepie, ale możesz też czytać na Legimi i w EmpikGo

Dodaj komentarz