Wakacyjny epizod cz. 21

Podchody

TOMEK

Podczas drogi na stołówkę paliły mnie plecy. Dlaczego? Bo szedłem na początku szpaleru, a grupa, nad którą pieczę sprawował obecnie Filip, szła jako druga. Oczywiście, że mogłem iść z nim, obok niego, rozmawiać, ale NIE POTRAFIŁEM! Nie po tym, co wydarzyło się w nocy i tym, jak patrzył na mnie rano. Najgorsze było jednak to, że miałem na niego taką ochotę. Poprawka, ja byłem rozdarty pomiędzy strachem przed posunięciem się dalej i pragnieniem zrobienia tego.

Nie podchodziłem więc do Filipa, nie zagadywałem, tylko mieliłem to, jaki jestem zagmatwany. Wspominając to, jak odbierałem jego pieszczoty aż buzowałem i co chwila musiałem się upominać, by nie skupiać się zbytnio na szczegółach. Dlaczego?

Gdyby była zima, miałbym łatwiej, bo mógłbym ukryć oznaki podniecenia. A tak co? Nie mogłem przecież paradować z namiotem w spodenkach!

Plecy paliły mnie również dlatego, że gdy raz jeden tylko skusiłem się i odwróciłem, przechwyciłem spojrzenie Filipa. I o mój boże, co ja zobaczyłem w jego oczach! Wszystko! Dosłownie! Obietnicę tego, co najchętniej zrobiłby ze mną i na ile sposobów. Nie uśmiechał się, a wręcz miał zaciśnięte usta. I oczy! Przymrużone i skupione na mnie. Nawet, gdy spojrzał w bok na którąś z dziewczynek, chwilę później znów to ja znalazłem się w kadrze jego spojrzenia. Wtedy na powrót oczy mu ściemniały i widziałem, że myśli o mnie i o nikim innym.

Wolałem więc patrzeć przed siebie, starając się nie myśleć o tym, że wieczorem znów znajdziemy się sami za zamkniętymi drzwiami i być może wtedy będzie chciał posunąć się o krok dalej. Czy byłem na to gotowy? Tego nie wiedziałem. Chciałem się przekonać i nie chciałem równocześnie.

Dziwne to było i mąciło mi umysł, przez co nie wiedziałem właściwie jak się czuję.

Na chwilę zapomniałem o tym, widząc panią Mirę, właścicielkę karczmy, do której przychodziliśmy na posiłki, a która to miejscówka nie zasługiwała nawet na to mało pochlebne miano karczmy. Widziałem wzrok, którym przywitała panią Urszulę, gdy ta nie widziała, będąc zajętą usadzaniem najmłodszej grupy wraz z Sandrą. Widziałem w nim złość i niechęć, mieszającą się z satysfakcją i poczuciem wyższości. Ciekaw byłem, co jest powodem i skąd aż tak negatywne nastawienie, bo tym wyraźnie było. Gdy kobieta przyłapała mnie na przyglądaniu się jej, zamrugała, zdobyła się na blady, sztuczny uśmiech. Nie umiała udawać, lub zwyczajnie nie wysiliła się. Po chwili wycofała się na zaplecze, znikając za wahadłowymi drzwiami. Ciekawe, czy napluje mi do mojej porcji śniadaniowej. Zapomniałem o niej, gdy usiadłszy przy jednym ze stołów na długiej ławie znów napotkałem spojrzenie niebieskich oczu Filipa. Kurwa mać! Przecież ja nie przełknę ani kęsa!

Kup poprzedni tom pt. "Worek treningowy"! Ebook kupisz u mnie w sklepie, ale możesz też czytać na Legimi i w EmpikGo

Dodaj komentarz