Wakacyjny epizod cz. 5

Rozdział 5

Obozowe realia

TOMEK

Gdy wreszcie mogłem opuścić duszne wnętrze autokaru, poczułem ulgę. Po raz kolejny przekonałem się, że niełatwo przebić intensywność dziecięcych bąków. Dodatkowo jeden z młodziaków nie znosił dobrze podróży, toteż co jakiś czas biegł do toalety umiejscowionej w środkowej części pojazdu, by zwrócić to, co udało mu się zjeść, a później już tylko wypić. Po czterech godzinach usnął w końcu po dwu tabletkach aviomarinu, który po sprawdzeniu kolonijnej karty zdrowia pod kątem uczuleń, udało mi się mu wmusić.

Gdy wyładowywałem bagaże, ledwie powstrzymałem się przed parsknięciem śmiechem. Szukałem wzrokiem kogoś z wychowawców, by pomógł mi zautomatyzować, a tym samym przyspieszyć proces przydzielania walizek ich właścicielom. Nie zauważyłem innego faceta, a ciemnowłosa dziewczyna wycierała chusteczkami twarz dzieciakowi. Temu samemu, który tak burzliwie przeżywał podróż, wymiotując co chwila. W końcu napotkałem wzrok blondynki, choć bardziej trafnym byłoby określenie, że zmusiłem ją do oderwania oczu od mojego tyłka.

Będzie się działo, pomyślałem. Uśmiechu nie udało mi się powstrzymać. Wyglądało na to, że mała już zaczyna łowić. Może się skuszę na wakacyjną przygodę. Coś, co skończy się w momencie powrotu do domu i do szarej rzeczywistości. Zostaną miłe wspomnienia, a każde wróci do swojego życia. Ot, taki wakacyjny epizod.

Czterdzieści minut później, po powitalnej przemowie właścicielki obiektu, która na szczęście nie trwała zbyt długi minut, przeszliśmy do rozparcelowania młodzieży.
Mi i blondi przypadły malutkie domki usytuowane po przeciwnych stronach ścieżki prowadzącej do niskich zabudowań. Jak się okazało, mieściły się tam jadalnia z niewielką kuchnią, świetlica i łazienki. Nasze chatki miały też najwyraźniej pełnić funkcję stóżówek, bo były usytuowane najbliżej wejścia do obozu, prawie przy samej bramie. Zupełnie tak, jakbyśmy mieli pilnować, by nikt niepowołany nie wszedł do ośrodka, czy też spragniona wolności młodzież, nie wymknęła się na zewnątrz.

Ciemnowłosa dziewczyna zajęła największy z budynków w głębi, okolonej płotem i drzewami za nim, polany. Osiem dziewczynek i sześciu chłopców, przypadło właśnie jej. Widać było, że maluchy kleją się do niej, a i jej ten stan rzeczy najwyraźniej odpowiadał. Przyjrzałem się brunetce, jej ciepłu i uśmiechowi, a po chwili porównałem ją z blondi. Ta druga wyglądała na o wiele ostrzejszą, może nawet zimną. Ładne były obie, ale brunetka nie wyglądała na łatwą, traktującą seks, jako uprzyjemnienie sobie czasu. Blondi, to co innego. Byłem pewien, że to z nią zaliczę tutaj coś gorącego. Nie miłość, bo nie miałem czasu, ani ochoty na te ckliwe pierdoły. Poza tym, była przecież zajęta.

Plan był prosty: zbliżyć się, wybadać kociaka i zabawić się.
Bez komplikacji, zabawy z związek, bez kontynuacji.
Wakacje w pracy?
Zapowiadało się, że będzie grubo.

_____

Robię eksperyment i bardzo Cię proszę o wyrozumiałość. Aby dotrzeć do jeszcze większej liczby Czytelników, postanowiłam wejść na Wattpad 🙂 Dlatego też od teraz będę Cię przekierowywała na konto i kolejne części tej historii właśnie tam. Dziękuję za zrozumienie.

Kup poprzedni tom pt. "Worek treningowy"! Ebook kupisz u mnie w sklepie, ale możesz też czytać na Legimi i w EmpikGo

Dodaj komentarz