Zimny ogień cz. 2

Rozdział 2

Jolka

Mijał drugi dzień od momentu, kiedy ostatni raz wyszłam z mieszkania. Nie widziałam celu, by je opuszczać. Miałam co jeść, zresztą apetyt mi nie dopisywał. Leżąc na kanapie przed telewizorem, po którego ekranie przesuwały się niezrozumiałe dla mnie obecnie obrazy, zastanawiałam się, gdzie podziała się ta dbająca o siebie kobieta. O siebie, męża i dom. Ta osoba zniknęła, zabiły ją podpisy złożone na dokumentach rozwodowych. Jola-rozwódka wisiała w nicości, nie wiedząc co z sobą począć.

Z otępienia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Zwlekłam się z kanapy i poczłapałam do przedpokoju. Wyjrzałam przez judasz. Za drzwiami stał jeden z moich przyrodnich braci, Tomek. Nie zamierzałam mu otwierać. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Zasunęłam klapkę szklanego oczka w drzwiach, w bezruchu czekałam, aż odejdzie.

– Wiem, że jesteś w domu. – Nie dawał za wygraną. – Po pierwsze przysłała mnie twoja mama. Po drugie przyszedłem, bo chcę z tobą pogadać. Zlituj się i wpuść mnie.

Miałam dwa wyjścia. Albo pójdę w zaparte i zignoruję go, albo załatwię sprawę jak najszybciej. Odblokowałam zamek, pociągnęłam drzwi, wycofując się równocześnie w głąb mieszkania.

– Cześć. – Zmusiłam się do powitania. – Co cię sprowadza?

– Przyszedłem sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. – Zdjął buty i kurtkę, zamknął za sobą drzwi.

– Żyję, więc możesz zakończyć misję i przekazać wieści, że drugiego pogrzebu w tym roku nie będzie. – Byłam złośliwa, ale nigdy nie łączyło mnie nic szczególnego z przyrodnimi braćmi.

– Daruj, Jolka. – Nie dał się zniechęcić. – Moja żona obraziłaby się na mnie, gdyby się dowiedziała, że jestem z tobą sam na sam w jednym mieszkaniu. – Bezczelnie otworzył lodówkę, wyciągnął mleko, napił się wprost z kartonu.

– Boi się o twoją wierność? – Patrząc na Tomka musiałam przyznać, że na miejscu jego żony też martwiłabym się o „swoje”. – Nie musi. Nie należę do tych, które odbijają mężów innym kobietom. Nie idę w ślady ojca.

– Skończ. – Nie dał się zbić z pantałyku. – Zwykła kobieca zazdrość i tyle. Co zamierzasz?

– Całkowicie nic – odparłam zgodnie z prawdą.

– Będziesz gnić w mieszkaniu? – Podciągnął się na ramionach, usiadł na blacie kuchennym. – Tak nie znajdziesz faceta.

Był skurczybyk złośliwy. Chciał mnie sprowokować.

– To nie znajdę – wzruszyłam ramionami.

– A tak na serio? – Widział, że nie tędy droga, podpuszczanie nie przyniesie skutku. – Odziedziczyłaś chatę w rezerwacie przyrody. Zrób coś.

– Co? – Zaczynał mnie drażnić. Za chwilę go wyrzucę.

– Jeśli nic nie zamierzasz, to pożycz kluczy. – Zeskoczył z blatu. Widać trafnie odczytał moje mało pokojowe nastawienie. – Za dwa dni Sylwester, chętnie ucieknę z rodziną z miasta.

– Dobry pomysł. Dzięki. – Chyba po raz pierwszy w życiu podjęłam tak szybko decyzję.

– I to rozumiem. – Mrugnął do mnie. – Na razie.

Nic nie odpowiedziałam. Poczekałam, by wyszedł, po czym otworzyłam szafę w sypialni. Wyciągnęłam z niej torbę i zgarniałam do jej wnętrza wszystkie ciuchy, jak popadnie. W głowie planowałam słowa, jakimi wypowiem mieszkanie.

– Czas na zmiany, Jolka. – Rzuciłam do bladej zmory w lustrze. – Zobaczymy, co to za domek dostał ci się w spadku.

***

Podjęłam kolejną odważną decyzję. Kupiłam auto. Małe, zgrabne, czerwone. Tak, kolor samochodu ma dla mnie duże znaczenie. Chciałam, by pierwszy własny, był w tym właśnie odcieniu.

Potrzebowałam samochodu, by dojechać do nowych włości. Środki publiczne dowiozłyby mnie kilka kilometrów od celu, resztę musiałabym pokonać pieszo. Pożegnałam się telefonicznie z mamą, zdałam wynajmowane mieszkanie i bez jakiegokolwiek entuzjazmu ruszyłam we wskazanym przez nawigację celu.

Droga dłużyła się, była monotonna. Pola, lasy, przejazdy kolejowe, wszystko ośnieżone o wiele bardziej niż w mieście, które właśnie opuściłam.

Według GPS zostało mi czterdzieści minut drogi do celu. Sądząc po wskazaniach mapy, wjeżdżałam w las. Już po pierwszych minutach zaczęłam mieć wątpliwości, czy moje umiejętności jako kierowcy wystarczą, bym dojechała. Samochodem zarzucało, podskakiwałam wraz z nim, pocąc się coraz bardziej ze strachu. Biały puch pokrywał drogę, jechałam po niej na tak zwanego „czuja”. Nie widziałam dziur, w które wpadałam. Czułam je, gdy głową uderzałam w podsufitkę. W pewnym momencie przechyliło samochód na bok, ja wraz z nim zawisłam pod dziwnym kątem. Wrzuciłam jedynkę, przycisnęłam pedał gazu, ale nic się nie wydarzyło. Czynność powtórzyłam trzy razy, równie bezskutecznie.

– Kurwa mać! – wrzasnęłam, uderzając pięściami w kierownicę. – Zachciało mi się domków na zadupiu!

***

Marcel

Wracałem do swojego zadupia. Nareszcie!

Opuszczając miasto pół roku temu nie przypuszczałem, że zadomowię się tutaj tak szybko. W pierwszych dniach cisza dokuczliwie piszczała mi w uszach. Zagłuszałem ją, włączając radio bądź telewizor. Byle słyszeć ludzki głos czy muzykę. Po tygodniu wstałem i jak co rano załączyłem mój mały ekspres. Piłem kawę, wyglądając przez okno na zaśnieżone drzewa i płot, z którego zwisały sople. Wybrałem popiół z kominka, dołożyłem nowe polana. Po kawie przyszła pora na śniadanie, w końcu załączyłem komputer. Po trzech godzinach od pobudki złapałem się na tym, że z przyjemnością wsłuchuję się w strzelający w kominku, trawiący drewno ogień. To zastąpiło muzykę, zacząłem napawać się spokojem.

Ja, człowiek czynu, uznawany za agresywnego, nadpobudliwego i popędliwego, wyciszałem się. Byłem ciekaw, dokąd mnie to zaprowadzi.

Po miesiącu zadomowiłem się w chatce na dobre. Można powiedzieć, że nie brakowało mi niczego. Miałem agregat prądotwórczy, pojazd, którym dowoziłem paliwo do niego. Wszystkie sanitariaty, kuchnię i Internet zorganizowałem błyskawicznie. Brakowało mi tylko jednego.

Mieszkając w mieście, prowadziłem interesy. Tak odpowiadałem znajomym na zapytanie, czym się właściwie zajmuję. Zajmowałem się zarabianiem pieniędzy. W jaki sposób? A czy to naprawdę istotne? Nie kradłem, a przynajmniej nie krzywdziłem tym zwykłych ludzi. Jeśli już kogoś, to z całą pewnością nie wzbudziłoby to w nikim oburzenia. Może jedynie zazdrość, bo trzeba mieć przysłowiowy łeb na karku, żeby umieć kombinować.

Po miesiącu życia na Zadupiu spuchły mi jaja. Nie dosłownie, ale tak właśnie się czułem. Nadmiar spermy buzował we mnie wściekłością i nie myślałem o niczym innym jak tylko o tym, żeby podupczyć. Dosłownie! Bez zbędnych pocałunków, gadki szmatki czy randkowania. Rozważałem zamówienie dziwki, ale nie chciałem wpuszczać kobiet do swojego azylu. Do miasta jechać też nie zamierzałem, bo uciekłem stamtąd między innymi przed babami. Zbrzydło mi oganianie się od nich.

Nie, nie łudziłem się, że na mnie lecą, bo TAKI wspaniały jestem. Chodziło o kasę, o wkręcenie mnie w pieluchy, ożenek i to w tej właśnie kolejności. Omal nie obiłem twarzy jednej z moich dziewczyn, gdy złapałem ją na wlewaniu w siebie zawartości prezerwatywy. Jak zwykle po seksie rzucałem zużyty kondom na dywan przy łóżku. Idąc do łazienki, zabierałem go zazwyczaj ze sobą i wyrzucałem do kosza. Tego wieczora zapomniałem o tym. Wino i koka wprawiły mnie w trans, w efekcie rżnąłem laskę przez czterdzieści minut. Już po dwudziestu zaczęła przede mną uciekać, robiąc cipką uniki. Usiłowała przejść na oral, ale nie pozwoliłem jej na to. Po seksie wyszedłem do łazienki, ona została w łóżku. Rozczochrana, spocona, z rozmazanym na pół twarzy makijażem. Widok stóp opartych na ścianie u wezgłowia łóżka nie zaniepokoił mnie. Dopiero guma, którą usilnie starała się schować w zaciśniętej pięści wkurwiła mnie nie na żarty. Złapałem ją za włosy i powlokłem do łazienki. Tam odkręciłem słuchawkę prysznica i kazałem płukać cipę przez kwadrans. To było ostatnie nasze spotkanie.

Po tym wydarzeniu zmieniło się moje podejście do kobiet. Niestety, wiązało się to również z tym, że popadłem w lekką paranoję. Prezerwatywy musiały pochodzić ode mnie, sam je kupowałem. W zapewnienia o łykaniu pigułek antykoncepcyjnych nie wierzyłem już. Gdy zacząłem rozpatrywać opcję podwiązania sobie nasieniowodów, uznałem że czas na głębokie zmiany. Nieruchomości powierzyłem agencji, samochody posprzedawałem. Upatrzyłem chatę w parku krajobrazowym i ją kupiłem. Rzuciłem cenę, która wyeliminowała innych chętnych. Nabyłem odpowiednie auto, quada i informując jedynie mamę o nowym miejscu zamieszkania, wyjechałem do mojego „Zadupia”.

Sprawę seksu w końcu załatwiłem, umawiając się z kobietami poznanymi w sieci. Płaciłem za usługę, wynajmowałem pokój w hotelu, zamawiałem posiłek i wino. Zawsze zaznaczałem, że chcę najwytrzymalsze dziewczyny. Jako długodystansowiec wiedziałem, że większość wymięknie po kilku minutach i jak zwykle będzie dążyła do przyśpieszenia finiszu ustami czy dłońmi. Zazwyczaj jednym i drugim równocześnie. Ja uwielbiałem cipki. To ostre rżnięcie dawało mi najwięcej satysfakcji. W końcu znalazłem sposób, proponowałem kochankom czystą kokainę. Przyjmowały ją chętnie, wytrzymywały o wiele dłużej.

Wracałem właśnie z takiej płatnej „randki”. Porę wybrałem nietypową, umówiłem się na poranne dymanie. Tak je nazwała, jak się przedstawiła, Sara. Wolałem uniknąć przedsylwestrowego szaleństwa, które nastanie na drogach i w marketach już dziś po południu. Trzy godziny w pokoju hotelowym, drzemka po orgazmie. Lekkostrawnie, sycąco, choć bez fajerwerków.

Wzniosłych wrażeń nie oczekiwałem już od dawna. Seks nie jest w końcu niczym nadzwyczajnym i ma rolę przedłużenia naszego istnienia. Przestałem się nim ekscytować w momencie, gdy przyciągane kasą kobiety zaczęły przede mną rozkładać nogi. Nie musiałem się zbytnio starać. Robiły to za mnie kalkulatory w ich głowach. Nie potępiałem ich za to! Broń Boże! Po prostu handel wymienny, czysta sprawa.

Dojeżdżałem do zjazdu na wewnętrzną drogę. Ta prowadziła do mojej chaty i drugiej, zaryglowanej. Nikt w niej nie mieszkał, ale niestety nie była na sprzedaż. Szkoda, bo chętnie bym ją nabył. Tak, obawiałem się, że w lato przyjedzie jakiś burak z rodziną i rozwrzeszczanymi bachorami. Trudno, będę się tym martwił w lato. Teraz było mi dobrze.

Już z odległości kilkuset metrów widziałem jakieś czerwone gówno. Dosłownie! Nie rozumiem, jak ludzie mogą wydawać hajs na takie atrapy samochodu. Drogie to i może nadaje się do zatłoczonego miasta, ale z całą pewnością nie na leśne drogi. Odholuję frajera, bo przecież prędzej tu zamarznie, niż wydostanie się z rowu melioracyjnego. Co za palant?

Dojechałem, wysiadłem. Podszedłem do zaparowanego okna od strony kierowcy, zastukałem w nie. Szyba opuściła się, mi wyleciały z głowy wszelkie słowa. Byłem tuż po seksie, ale kociak za kierownicą wyglądał jak moje młodzieńcze wizje pod walenie konia.

– Dzień dobry – odezwała się zimnym głosem. – Czy pan z pomocy drogowej?

– Nie, ja tu mieszkam, a pani zatarasowała mój wjazd. – Wyniosła pizdeczka. Nie cierpię takich. – Gdzie panią podholować.

– Na koniec tego wjazdu. – Nawet nie mrugnęła okiem. – To wjazd również i do mojego domu.

Ki chuj?!

Dodaj komentarz