Zimny ogień cz. 3

Rozdział 3

Jolka

Poddałam się. Nie od razu, ale w końcu musiałam. Ile można bezskutecznie boksować kołami? Ze wskazań GPS wynikało, że jestem praktycznie na miejscu. Niespecjalnie znam się na nawigacji, samochodem jeździłam niewiele, więc dopuszczałam możliwość pomyłki.

Zaczęłam marznąć, okna zaparowały. Denerwowałam się, bo za dwie, góra trzy godziny zacznie się ciemnić. Z ulgą zarejestrowałam zasięg Internetu w telefonie. Znalazłam numer pomocy drogowej, zamówiłam usługę ekspresową. Czekałam, planując ucieczkę do miasta.

– Co ja sobie wyobrażałam? – Nakierowałam na siebie wsteczne lusterko. – Przecież nie nadaję się do takich klimatów!

Stukanie w szybę odwróciło moją uwagę od ochrzaniania siebie. Obniżyłam ją i wystraszyłam się. Do okna pochylał się zwierz. Futrzana czapa nasadzona na obrośniętą zarostem twarz. Gruba kurtka z kudłatym kołnierzem czyniła z tego człowieka zjawisko podobne do wypchanego zwierzaka.

Czy nie powinien być ubrany w jakiś firmowy uniform?

– Dzień dobry – Zniesmaczył mnie oślizły wzrok, którym przemknął po mojej sylwetce na tyle, na ile pozwalała widoczność. – Czy pan z pomocy drogowej?

– Nie, ja tu mieszkam, a pani zatarasowała mój wjazd. – Nie zrozumiałam, co ten człowiek do mnie mówi. Przecież to wjazd do domu ojca. – Gdzie panią podholować.

– Na koniec tego wjazdu. – Kim jest ten oblech?! – To wjazd również i do mojego domu.

– Pani? – Pochylił się jeszcze bardziej, ja w efekcie cofnęłam się w głąb auta. – W tym domu?

I tu zaszła we mnie przedziwna zmiana. Wszystko przez wyraz oczu, które świdrowały mnie, błyszcząc jasnym błękitem ponad przydługimi wąsami. Znałam to spojrzenie, nie raz go doświadczyłam. Zazwyczaj wtedy, gdy oznajmiałam przedstawicielowi męskiej części świata, że zamierzam zrobić coś, co jest przypisane twardzielom, nie posiadaczkom waginy.

– Tak, w tym domu. – Uniosłam brodę, choć przez głowę przemknęła mi myśl, by wcisnąć blokadę drzwi. – Będę wdzięczna za podholowanie mnie do niego.

Przez dłuższą chwilę nie reagował, a jedynie mierzył mnie przenikliwym spojrzeniem. Jakby planował zabójstwo.

– No dobra. – Wyprostował się, więc nie widziałam już jego miny. – Niech pani nie wrzuca biegu i spuści ręczny.

Wrócił do swojego pojazdu. Ruszył, wymijając mój, bez trudu przejeżdżając przez rów, w którym ja utkwiłam na amen. Zaparkował przede mną, wyskoczył z dżipa, po czym przypiął moje auto do liny. Chwilę później włączył wyciągarkę, którą miał zamontowaną na tyle wozu. Musiałam przyznać, że był o wiele lepiej przygotowany do pokonywania takich dróg niż ja. Ponownie wskoczył za kierownicę i ruszył, ciągnąc mnie za sobą. Wcisnęłam ikonkę słuchawki przy ostatnim wybieranym numerze.

– Witam ponownie. – Kołysało mną, ale nie przeszkadzało to w mówieniu. – Chciałam odwołać wzywaną przed kwadransem pomoc drogową. – Oczywiście zapłacę – potwierdziłam słysząc, że kierowca wyjechał już do mnie.

Zwierz w gigantycznej czapce zatrzymał się przed ogrodzeniem, podszedł do okna.

– Ma pani klucze? – Znów miałam przed sobą oczy okolone krzakami, które on pewnie nazwałby zarostem.

– Pewnie tak. – Wygrzebałam z torebki skórzany worek z plikiem kluczy, których nie powstydziłby się klucznik. – Któryś powinien pasować.

Wyłączyłam silnik, wysiadłam.

– Jola. – Wyciągnęłam dłoń do olbrzyma, choć w głowie piszczał głosik rozsądku, mówiący, że nie znam człowieka i jestem z nim w NIEWIADOMOGDZIE. Należało się jednak przedstawić. Tego wymagały podstawy etykiety.

– Marcel. – Zdjął rękawicę, uścisnął mi dłoń.

Czułam ciepło skóry i zgrubienia na niej. Przytrzymał mi rękę za długo, stojąc w bezruchu i obserwował mnie. W pierwszym odruchu chciałam się cofnąć, odsunąć, ale znów włączyła się we mnie przekora. Dziwne, bo przecież powinnam poczuć co najmniej lęk, a tymczasem miałam ochotę kopnąć tego człowieka w piszczel.

– Chcesz mnie prosić do tańca? – Nie wytrzymałam, złośliwa część mnie zadała pytanie.

Nie odpowiedział, ale widziałam, że się uśmiecha. Nie zobaczyłam uśmiechu na ustach, lecz w oczach. Nie widziałam ust w ogóle. Skutecznie zasłaniały je wąsy.

Jak ten człowiek je? Zaplata wąsiska i zapina po bokach na czas posiłku? Myje zarost, czy hoduje jakieś żyjątka w tej szczecinie? Brzydziły mnie takie krzaczyska na męskiej twarzy.

Sięgnął po sakwę z kluczami i bez pytania zabrał mi ją z ręki. Nie zdążyłam się oburzyć, bo moją uwagę przyciągnęło coś innego. Pachniał upojnie, mimo że nie wyczułam woni perfum. Mogłabym rzec, że to była słodka woń czegoś smacznego. Takie przynajmniej miałam wrażenie, w ustach zebrała mi się ślina, pociągnęłam nosem, ale tego na szczęście nie zauważył.

Stałam jak sierota za plecami wielkoluda, on zgrzytał kluczem w zardzewiałej kłódce, zabezpieczającej bramę.

– Mamy to. – Obrócił się do mnie i podejrzewałam, że znów się uśmiecha. – Na razie radziłbym nie wjeżdżać na podjazd. Odśnieżę ci go, to nie utkniesz w połowie drogi. – Pomóc ci, czy wolisz sama?

– Pytasz o otwarcie tego? – Patrzyłam na parterowy dom, okolony choinkami i innymi drzewami. Wyglądało, jakby otulały budynek. – Poproszę. Jestem tutaj pierwszy raz.

– Kupiłaś go w ciemno? – Badał mnie i sondował.

– Spadek po ojcu. – Cholera. Głos mi się załamał.

– Współczuję. – Obrócił się ku wejściu do domu i brnąc po kolana w śniegu, szedł przed siebie raźnym krokiem.

Był ode mnie o wiele szybszy, ja zadyszałam się, nim doczłapałam wreszcie do ganku.

Słońce wyszło zza chmur, zachwyt wbił mnie w miejscu, w którym stałam. Śnieg skrzył się bielą tak nieskazitelną, jakiej w mieście nie widziałam nigdy. Jakby ktoś rozsypał kilogramy brokatu, a ten błyszczał i mienił się cudnie.

***

Marcel

Chcesz mnie prosić do tańca?

Jaka dowcipna! Mało tego. Zadając to złośliwe pytanie, zachowała twarz pokerzysty. Bez wyrazu i tylko zmrużyła oczy. Czy zawsze jest taka opanowana? Aż miałem ochotę przyciągnąć ją i pocałować, żeby zetrzeć chłód i brak emocji z jej lalkowatej twarzy.

Wziąłem od niej klucze, otworzyłem bramę.

Nienaruszony nawet ptasimi łapkami śnieg pokrywał równą płaszczyzną przestrzeń od bramy do ganku. Ostrożnie stawiałem stopy, bo cholera wie, co ukrywał śnieg. Unosiłem je wysoko i wbijałem w lekki puch. Kochałem to w tym miejscu świata. Brak ludzi, cisza i ta czystość.

Gdy stanąłem przy drzwiach wejściowych, obejrzałem się na blondynkę. Pasowała do tego miejsca jak pięść do nosa. Zbyt ładna i zadbana, ubranie niedostosowane do pobytu tutaj. Coś jeszcze mi nie grało, gdy patrzyłem na tę lalkę. Rozglądała się wokoło z zachwytem. Nie udawała uczucia, wyglądało na autentyczne zaskoczenie pięknem otoczenia.

– Może jest dla ciebie szansa. – Obróciłem się ku drzwiom, szukałem odpowiednich kluczy.

Wszedłem do budynku, za mną wsypał się śnieg, który nawiał wiatr, oblepiając białym puchem drzwi. Pstryknąłem włącznikiem, dostępność prądu zaskoczyła mnie. Wyglądało na to, że do tego domu pociągnięto przewody. Otwierałem kolejno okna, odmykałem okiennice, wpuszczając słońce do pomieszczeń. Musiałem przyznać, że domek urządzono gustownie, z pomysłem i wyjątkowo praktycznie. W porównaniu z moją chatką, ten można by określić mianem wiejskiej willi.

– Trzeba napalić. – Duże palenisko kominka, co znaczyło, że wystarczy dołożyć drewna dwa razy na dobę, bez martwienia się o wygaśnięcie ognia. Ja dorzucałem pniak co cztery godziny. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłem tę prostą czynność. – Przyniosę ci drewna ode mnie. – Przy ścianie leżało niewiele opału. – Rozpalić ci?

Obróciłem się i zdębiałem zaskoczony. Stała pośrodku pokoju i płakała.

I co tu począć z marzącą się babą?

***

Jolka

Marcel odmykał kolejno okiennice, wpuszczając światło do wnętrza salonu. Słońce zalewało ściany, na których wisiały dziesiątki zdjęć. Na każdym byłam ja. Przedstawiały mnie jako dziecko i później, w okresie dorastania. Jadę na dziecięcym rowerku, stoję w kościele, ubrana w komunijną sukienkę. Ja przed wejściem do uczelni, siedząca na schodach. Zdjęcia ze ślubu i późniejsze, jakby fotograf uchwycił mnie między sklepowymi półkami.

– Widać, że byłaś oczkiem w jego głowie. – Marcel stał za moimi plecami. Nie zauważyłam, kiedy podszedł. – Byliście zżyci. – Bardziej stwierdził niż pytał.

– Nie znałam go. – Otarłam mokry od łez policzek. – Zostawił mnie i mamę, gdy miałam kilkanaście lat. Założył drugą rodzinę, ze mną nie utrzymywał kontaktów.

– Widać, miał jakąś tajemnicę. – Pochylił się bliżej mnie, spoglądając na zdjęcia ponad moim ramieniem. Broda połaskotała mnie w policzek. Drgnęłam, ale nie odsunęłam się. – Zrobił tu twój ołtarzyk. Hm. – Zamilkł. – Idę po drewno.

I zostawił mnie samą.

Fakt faktem, było to dziwne. Dom, o którym nie wiedziała rodzina, zadbanie, bym otrzymała go w spadku, a przede wszystkim te wszystkie zdjęcia. Każde robione z ukrycia, jakby podglądał moje życie.

Uwagę od ściany poświęconej mi tematycznie oderwał Marcel, wkraczając ponownie do salonu. Obładowany drewnem niesionym w wiklinowym koszu, podszedł do kominka, uniósł osłaniającą go szybę.

– Muszę przyznać, że w kominek konkretnie zainwestowano. – Zdjął czapę i kurtkę, rzucił je na kanapę obok. – Świetna firma. Do Polski import tylko na specjalne zamówienie.

Mówił, ja obserwowałam sylwetkę, której nie ukrywały już kilogramy materiału kurtki. Facet był ogromny! Nie tylko wysoki, ale i szeroki w barach, ewidentnie napakowany. Wyglądał na sportowca i tylko zarost nie pasował do reszty.

– A ty co tutaj porabiasz? – Wyrwało mi się, nim pomyślałam. – W sensie samotnego mieszkania na takim odludziu.

Zamarł na moment, spojrzał na mnie przez ramię. Kucał przy palenisku, na którym układał polana, wtykał pomiędzy nie drobne szczapy. Pomyślałam, że przegięłam. Nie powinnam była o to pytać, bo zwyczajnie wtykałam nos w nie swoje sprawy. Z drugiej strony dobrze wiedzieć, kogo ma się za sąsiada.

– Nie chcesz, nie mów. – Uśmiechnęłam się, choć przedłużające się świdrowanie mnie wzrokiem niepokoiło. – Wyrwało mi się. Sorry.

Wbiłam dłonie w kieszenie i czekałam na jakąś reakcję z jego strony.

– Mieszkam sam z wyboru. – Na powrót zajął się rozpalaniem w kominku. – Pracuję w pobliskim tartaku i żadnych więcej tajemnic.

Z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnął zapalniczkę, odpalił ją, przyłożył do stożka utworzonego z drewna. To zajęło się żywym ogniem, pokrywa powoli opadła, okrywając szkłem płomienie.

– Cholera – mruknął Marcel, wstając z kucek, prostując się.

Wokół rozległ się szum, jedno z okien uchyliło się samo.

Dodaj komentarz