PSYCHOL - napis
Dziękuję, że jesteś!

Bardzo, bo dzięki Tobie i Twoim komentarzom (czytam wszystkie!) zmobilizuję się do pisania i nieprzerywania tworzenia kontynuacji tego cyklu.

Ostatnio duuuuużo tworzę. Głównie kursy dla piszących (nagrałam ponad setkę filmów!) i e-booki o wydawaniu i promowaniu książek i e-booków. 

Poczułam wołanie Psychola” 💋

Ależ to brzmi!

Od razu chcę Cię uprzedzić, że:

  1. Ta historia (jeśli jej nie znasz) jest bardzo mocna! Zdecydowanie +18. Jest mocno, krwawo, brutalnie i perwersyjnie. Są osoby, które pytają, dlaczego coś takiego stworzyłam i tutaj nie będę Ci o tym mówiła.
  2. Po drugie odradzam czytanie tego tomu, bez poznania poprzednich czterech. Tę serię należy czytać od pierwszego tomu, bo historia się rozwija i w kolejnych tomach poznasz nowych bohaterów i zobaczysz ich przemianę. Wszystkie tomy są dostępne na Legimi w wersji e-book, a większość również jako audiobook. Książki papierowe znajdziesz bez trudu w większości księgarń internetowych. 
  3. To, co poniżej przeczytasz, jest tekstem w wersji beta. Przed redakcją i korektą, więc z całą pewnością tekst zmieni się przed wydaniem. Nie pisałam wstępu, który jest charakterystyczny dla poprzednich tomów. Ten pojawi się, gdy dotrę do kluczowej sceny zabójstwa, która jeszcze do mnie nie przyszła, więc nie mogę jej po prostu napisać 😄

Jeszcze raz dziękuję i życzę udanej lektury

Rozdział 1

Wdrożenie

Mężczyźni zjechali do garażu, czując coraz mniejsze skrępowanie, spowodowane przebywaniem w swoim towarzystwie. Po godzinach spędzonych na wyznaniach, z których żadne nie było łatwe i stało się obnażeniem najmroczniejszych faktów z przeszłości, obaj czuli się czystsi, lżejsi i gotowi na to, by sprawdzić, czy wzajemna, braterska relacja ma szansę na odbudowanie. Może nie w idealnym i klasycznym tego słowa znaczeniu, bo obaj byli zbytnio dysfunkcyjni i coś takiego jak pełne oddania braterstwo nie miałoby prawa zaistnieć. Mogli jednak spróbować się poznać, a być może nawet odrobinę polubić, bo przecież w wielu rodzinach rodzeństwo zrywa kontakty i bywa, że robi to definitywne i na zawsze. Oni tymczasem czuli, że otrzymali oto szansę na coś, czego żaden z nich nie pragnął już od dawna.

– Pozwolisz, że coś sprawdzę? – zapytał Piotr, zatrzymując się przy samochodzie Olafa, odpinając suwak plecaka i wyjmując z niego niewielkie urządzenie.

Olaf kiwnął jedynie na potwierdzenie i ze ściągniętymi brwiami obserwował z boku, co ten zamierza.

Urządzenie, którym Piotr wodził wzdłuż samochodu, wyglądało na ciut większy, niż zwykły smartfon. Na wyświetlaczu pojawiła się zielona linia, ta drgała, w końcu coś zapiszczało, zmieniając obraz na czerwony zygzak.

– Aha! – krótko stwierdził Piotr. – Tak jak myślałem.

Nie wyjaśniał nic, Olaf nie dopytywał, czekając, aż wytłumaczy mu, co się właśnie dzieje.

– Masz lokalizator w samochodzie, więc pewnie i program namierzający w telefonie – mówiąc to, wyciągnął dłoń, stając naprzeciw Olafa. – Zostawmy tu telefon i twoje auto i na wszelki wypadek pojedziemy moim. Na początek, bo zmienimy je na inne.

Piotr doceniał fakt, że Olaf nie zadaje pytań, i jak dotąd, robi wszystko według jego zaleceń. Wsiedli do jego Laguny, a chwilę później opuszczali garaż. Piotr rozglądał się bacznie wokoło, starając się dojrzeć kogoś, kto mógłby ich obserwować, lub śledzić, ale szybko uspokoił się, że nic takiego nie ma miejsca.

– Próbowałeś znaleźć matkę? – wyzuty z emocji głos Olafa zaskoczył go, gdy wjechali na Średnicówkę, kierując się w stronę Chorzowa.

– Nie – szepnął Piotr, głos mus się załamał, jakby uwiązł w gardle. – I jakoś nie mam ochoty – dodał, gdy udało mu się przełknąć gulę, która na dłuższą chwilę zablokowała mówienie.

– Też nie potrafię – szepnął i zamilkł, zatapiając się we wspomnieniach.

Zawsze gdy Olaf wspominał dzieciństwo, myśli stawały się ponure i napełniały bólem. I wyrzutami sumienia, bo przecież zostawił Piotrka z tą dziwką, której przez lata nawet w myślach nie potrafił nazwać matką. Nie potrafił inaczej, bo widząc jej kurewstwo i to, jak traktowała siebie, przyprowadzając do ich mieszkania kolejnych kochanków, wolał zamieszkać na ulicy. Szwendał się po hipermarketach, tam kradł, by mieć co zjeść, byle nie widzieć jej upadku.

Pewnego dnia, gdy zima wyjątkowo dotkliwie dawała mu się we znaki, siedział na ławce w galerii handlowej, co jakiś czas przenosząc się na inną ławkę,byle nie rzucać się w oczy ochronie. W tej galerii nie kradł, by nie spalić sobie miejscówki, w której spędzał długie godziny, bo mógł się choć trochę umyć w publicznej toalecie. No i udało mu się zaczepić na zmywaku u Koreańczyka. Właściciel płacił mu grosze, ale był litościwym człowiekiem, co kładło się cieniem na rodakach Polakach, bo żaden z nich nie zgodziłby się na coś takiego. Właściciel lokalu ze wschodnim fast foodem miał inne podejście do ludzi z marginesu, nie szczędząc im tego, czego nie zjedli klienci i pozwalając zabierać resztki głodnym, za co ci go szanowali i nie nadużywali jego gościnności. Olaf widział, że mężczyzna ustalił zasady z jednym z bezdomnych, umawiając się, że to on będzie odbierał pojemnik z resztkami. Przedstawiciel tej najbiedniejszej sfery społecznej przychodził pół godziny przed końcem pracy centrum handlowego, zawsze ubrany w najlepsze ubrania, jakie udało mu się zdobyć, by nie przykuwać uwagi pracowników centrum swoim wyglądem. Ci wiedzieli o charytatywnej działalności mężczyzny, ale udawali, że nic z tego nie ma miejsca, nie wtrącając się, często odwracając wzrok, czy zmieniając kierunek wieczornego obchodu. Nie raz Olaf zastanawiał się, czy robili to ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości, czy z obawy przed gniewem ludzi, którym Koreańczyk zapewniał posiłki.

Tamtego dnia był duży ruch, bo zbliżały się święta. Ludzie zamawiali jedzenie, więc zarówno w kuchni, jak i na bufecie wrzało niczym w ulu. Olaf miał pełne ręce roboty, a pot lał mu się po plecach, gdy mył talerze i patelnie, a także ogromne garnki i woki. Donosił właśnie partię wyparzonych talerzy, a te układał na specjalnym nierdzewnym regale na zapleczu, gdy jego wzrok przyciągnęła znajoma postać, stojąca przed ladą. To była matka i zamawiała potrawę .To ona zauważyła go pierwsza. Zamarła z uśmiechem, który rozjaśnił jej twarz, w oczach pojawiły się łzy i tak trwała w bezruchu. Skamieniał i sam Olaf, czując galimatias emocji, które kotłowały się w jego wnętrzu. Wcześniej był pewien, że potrafi ją tylko nienawidzić, ale mylił się. Złość na matkę zmieszała się nagle z tęsknotą.

Stali, patrząc na siebie do momentu, gdy jeden z pracowników trącił go, chcąc przejść z workiem poszatkowanej kapusty. Świat ruszył ponownie, Olaf odzyskał zdolność ruchu, poruszyła się również matka. Odebrała tacę z jedzeniem i odwróciła się, by odejść ku jednemu ze stolików stojących w strefie jadalnej. Targnęło nim pragnienie, by pobiec za nią, zapytać o cokolwiek, byle ponownie nawiązać kontakt wzrokowy, aby zobaczyć jej uśmiech.

Nie widział jej już nigdy więcej, wybierając życie na ulicy. Udało mu się w ten sposób przeżyć prawie dwa lata, w czasie których poznał życie bezdomnych, jak również dowiedział się, czym jest walka o jedzenie, czy ciepły kąt do spania. Później go znaleziono i zabrano z dworca kolejowego, na którym żył i praktycznie mieszkał.

Trafił do domu dziecka, Piotrek z nim, stając się fizycznym wyrzutem sumienia. Olaf widział, jak bardzo był zaniedbany. Wychudzony, z przydługimi ciemnymi włosami i ogromnymi, pełnymi strachu oczami. Wystarczyło kilka tygodni, by zakochał się doszczętnie w maluchu i postanowił sobie, że od tej pory będzie jego opiekunem, a nawet strażnikiem. I był nim do momentu, gdy rodzina adopcyjna wybrała młodszego z nich. Później przydarzył się wypadek, kontakty się urwały i żył w ten sposób aż do dzisiaj.

Spojrzał na prowadzącego samochód Piotra i aż go ścisnęło w gardle na myśl, że mógł go nie spotkać ponownie i że zawdzięcza to Zuzce. To ona poruszyła w nim nieznaną mu strunę i to dzięki niej zapragnął odnowić kontakt z bratem.

– Zmieniamy auto – powiedział pod nosem Piotr, parkując na osiedlu nienowych już bloków.

Olaf rozejrzał się i odruchowo zmarszczył nos, widząc niewysokie i brzydkie bloki, które mijali.

– Ruda Śląska? – mruknął, bo pamiętał te okolice z dzieciństwa.

– Tak – potwierdził Piotr. – W tej części dzielnicy nie ma obecnie monitoringu miejskiego i żadna z kamer nie obejmuje kilku uliczek i to stamtąd buchniemy coś brzydkiego.

– Powiesz mi po co? – zapytał bez nadziei na odpowiedź, zastanawiając się równolegle, czym tak naprawdę zajmuje się Piotr, skoro wie takie rzeczy.

– Sam zobaczysz – odparł, parkując i wyłączając silnik. – Umówmy się na tamtej ulicy – wskazał alejkę spacerową, biegnącą wzdłuż słabo oświetlonej drogi. – Wolę nie ryzykować, że złapie nas kamera któregoś z aut. Tu masz bluzę – nim wysiadł, sięgnął na tylne siedzenie i podał Olafowi czarną, bawełnianą bluzę. – Załóż kaptur, staraj się nie rozglądać na boki i patrz najlepiej w ziemię. Nara!

I wyszedł z samochodu, zostawiając go samego w ciemnym wnętrzu. Alarm piknął, a lusterka samochodu się złożyły. Olaf został w ciszy i ciemności zapadającego zmroku.

– No to komu w drogę, temu wrotki – mruknął do siebie, naciągając czarną bluzę przez głowę.

Opuścił auto i spokojnym krokiem poszedł we wskazanym przez Piotra kierunku.

Nowa rzeczywistość

Zuzka powoli się budziła.

Czuła ciężar w głowie i suchość w ustach. Wydało jej się to podobne do tego, co kilkukrotnie czuła na farmie, tuż po przebudzeniu.

– Narkotyki? – szepnęła cicho, po czym zaniosła się suchym kaszlem.

Spróbowała usiąść, by ocenić, gdzie się znajduje. Przycisnęła przy tym dłoń do brzucha, starając się zapanować nad urywającym się oddechem.

Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, była szklanka z sokiem, stojąca na szafce przy łóżku. Sięgnęła po nią odruchowo, po czym wypiła duszkiem, czując ulgę, jaką napój przynosi suchemu gardłu. Dopiero wtedy naszła ją myśl, że może i w tym napoju podano jej coś odurzającego. Kolejną była ta, że przecież i tak jest w momencie życia, który mogłaby nazwać chaosem. Od chwili, w której podjęła decyzję o popełnieniu samobójstwa, jej świat się rozsypał. Mimo przebłysku nadziei, gdy spotkała Olafa. Wydał jej się aniołem, który stanął na drodze do jej zbawienia. Miał być jej opiekunem, a zawiódł ją do piekła.

Powoli odstawiła opróżnioną szklankę i rozejrzała się wokoło.

Duży, bardzo przestronny pokój zaskoczył ją wystrojem. Nie była dotąd w takim miejscu. Z każdego elementu, z najdrobniejszego szczegółu bił wysublimowany przepych. Gładkie ściany pokrywała wykładzina. Światło sączyło się z załamania przy podłodze, nie rozświetlając pokoju, lecz pozwalając mu niknąć w miękkim blasku. Zauważyła zarys komody i obrazu wiszącego nad nią. Nie rozpoznawała tego, co przedstawiał, ale też nie potrafiłaby się na nim skupić, tak zajęło ją poznawanie nowej przestrzeni.

Jedną ze ścian było okno. Właściwie szyba zaczynająca się przy podłodze i ciągnąca aż do sufitu. Nie widziała tego, co było za nim. Wszystko spowiła noc, ukrywając przed jej wzrokiem.

Opuściła stopy na podłogę. Podeszwami zarejestrowała miękkość dywanu, więc odruchowo podkurczyła palce.

Gdzie ja jestem? – zastanawiała się, próbując odgadnąć cokolwiek. – Co to za miejsce? Dobiegło ją ciche piknięcie, po czym do pokoju wdarło się jasne światło zza otwierających się drzwi. Nie zdążyła się ruszyć, a jedynie obróciła w ich kierunku spojrzenie.

– Dzień dobry – usłyszała ciche powitanie. – Obudziła się pani.

To była drobna, niska kobieta. Zuzka nie potrafiła ocenić jej wieku do momentu, gdy rozbłysło światło.

– Przepraszam cię, dziecko – powiedziała, gdy Zuzka odruchowo zacisnęła powieki i zakryła dłonią oczy, przez ból w oczach, spowodowany rażącą jasnością. – Już ściemniłam lampy.

Zuzka odsunęła powoli dłoń od oczu i ostrożnie rozejrzała się wokoło. Pomieszczenie, jego wystrój onieśmieliło ją jeszcze bardziej. Ciekawość nowo przybyłą osobą wygrała, więc szybko przeniosła spojrzenie na kobietę.

– Widzę, że jesteś zdezorientowana – mówiła, stojąc w pobliżu drzwi, z dłońmi splecionymi na brzuchu.

Nie podchodziła do dziewczyny i Zuzka odniosła wrażenie, że w ten sposób ta chce ją uspokoić, zachowując dystans i dając jej przestrzeń.

– Gdzie ja jestem? – wychrypiała Zuzka, wyrzucając z siebie pierwsze logiczne pytanie.

– W domu Barona – odparła kobieta, uśmiechając się przy tym lekko.

– Barona? – stęknęła jeszcze bardziej zdezorientowana dziewczyna.

– Tak, kochana – Uśmiech naznaczył zmarszczkami skórę wokół jej oczu i Zuza odniosła wrażenie, że kobieta uśmiecha się często. – Wiem, ze możesz czuć się zdezorientowana, ale spokojnie, wszystkiego dowiesz się w odpowiednim czasie. Teraz zjedz coś i jeśli dasz radę, to się zrelaksuj. Wiem, ze pewnie masz masę pytań, ale nie odpowiem na nie teraz.

Zuzka już otwierała usta, ale nie zdążyła zadać pytania. W tym momencie drzwi do pokoju uchyliły się i wtoczył się przez nie wózek na kółkach, a za nim weszła dziewczyna. Młoda, i jak oceniła, niewiele starsza od nich. Zerknęła na Zuzkę ciekawie, po czym wycofała się z pomieszczenia, zostawiając je same.

– Mam na imię Renata i zawiaduję tym domem. – Głos kobiety skoncentrował uwagę Zuzy na cicho wypowiedzianych słowach. – Zwracaj się do mnie z każdym problemem, ale to nie teraz – dodała, widząc rozchylające się usta dziewczyny. – Najpierw odpocznij i dojdź do siebie. Weź długą kąpiel – wskazała ścianę, na której dopiero teraz Zuzka dostrzegła klamkę. – Zostawiam ci telefon. – Podeszła do łóżka i położyła na nim, wyciągnięty z kieszeni sukienki niewielki smartfon. – Rano przyjdę do ciebie.

Skinęła głową, podeszła do drzwi, przyłożyła do nich coś, co Zuzka oceniła jako kartę magnetyczną i opuściła pomieszczenie.

Przez dłuższą chwilę Zuzka siedziała osłupiała i ledwie oddychała, nie potrafiąc oderwać wzroku od drzwi. W głowie tłukły się pytania, gdzie i po co się znalazła. Dlaczego odesłano ją z farmy? I kim jest do cholery Baron?!

***

Skórzany fotel wygodnie podpierał plecy, szkło pękatego kieliszka delikatnie ciążyło w jego dłoni. Poruszał leniwie nadgarstkiem, pozwalając bursztynowej cieczy obmywać wnętrze naczynia. Płyn napowietrzał się i ogrzewał, wydobywając z trunku to, co najlepsze.

A czy z Ciebie uda mi się wydobyć to co najlepsze? – zadał sobie pytanie, przyglądając się obrazowi wyświetlającemu się na jednym z monitorów, wiszących na ścianie. – Czy po prostu dasz mi chwilę rozrywki i strawię cię, jak twoje poprzedniczki? I jak ten alkohol – dodał w myślach, pociągając niewielki łyk brandy.

Alkohol rozlał się na języku i spłynął do gardła. Lekkie pieczenie mieszało się ze słodyczą i posmakiem dymu.

Uśmiechnął się, mrużąc przy tym oczy i obserwował, jak dziewczyna wstaje ostrożnie z łózka. Zaskoczyło go, że nie sięgnęła po telefon, jak poprzednie dziewczyny. Podeszła do ściany i pociągnęła za klamkę drzwi wejściowych. Nie szarpała jej i nie wzywała pomocy, jak poprzedniczka. Chwilę później skierowała kroki do łazienki i na dłuższą chwilę przystanęła w progu, rozglądając się po pomieszczeniu.

Miał nadzieję, że zaskoczy go pozytywnie. Miał dosyć ślicznych dziewczątek, które poza ładną buzią nie reprezentowały sobą nic i były zwyczajnie nudne. Ta teraz też była ładna i idealnie wpisywała się w jego gusta, ale nauczył się, że to nie znaczy zbyt wiele.

Seks polegający na szybkim spełnieniu, poprzedzonym nawet wydłużoną kopulacją nie interesował go już od dawna. Nasycił się tym sposobem karmienia zmysłów, bo nie znalazł w tym czegoś, co wykracza poza krótkie uczucie sytości. Jedynie coś porównywalnego do zjedzenia w miarę smacznego posiłku. Niekoniecznie odżywczego, bo zbyt szybko otwierała się w nim dziura głodu, którego nigdy nie udało mu się zaspokoić. Wiedział jedno – seks go nie zaspokoi.

Próbował różnych odmian, włącznie z ekstremalnymi, ale skutek był identyczny. Głód powracał, a wraz z nim zniesmaczenie i rozczarowanie.

Teraz patrząc na dziewczynę próbował sobie wmówić, że nie robi sobie nadziei na to, że tym razem będzie inaczej. Automatycznie przyłapał się na wyłapywaniu jakiekolwiek odstępstwa od tego, jak zachowywały się poprzedniczki.

– Ech, ta głupia nadzieja na lepsze – westchnął i sięgnął po myszkę, by zmienić obraz podglądu, wyświetlany na monitorze.

Upił kolejny łyk brandy i przymknął z uwielbieniem oczy.

Są rzeczy niezmiennie dobre i pewne – pomyślał, delektując się nutami lekko słodkiego alkoholu. – I jest reszta.

Zdjął nogi z biurka, po czym przeniósł wzrok na monitor komputera. Mimo późnej pory postanowił trochę popracować. I tak by nie usnął, bo choć nie chciał, to mimo wszystko czuł podekscytowanie nowym nabytkiem, śliczną młodziutką blondynką.

Otworzył skrzynkę pocztową i mail, który tytułem przyciągnął jego uwagę.

***

Zuzka na dłuższą chwilę wstrzymała oddech i stała w progu łazienki, rozglądając się w jej wnętrzu. Nie widziała dotąd tak wyposażonego pokoju do kąpieli. Skojarzyło jej się z lokalem, w którym można mieszkać, a nawet spać, bo i tutaj stało łóżko, czy raczej leżanka, wyściełana miękkimi poduchami.

– O mój Boże – szepnęła cichutko, wchodząc głębiej i analizowała poszczególne elementy dokładniej.

Wszystko ją zachwycało, począwszy od nastrojowego oświetlenia, po ścianę zieleni, którą zaaranżowano jedną z pionowych powierzchni. Między liśćmi coś szeleściło, więc nie mogła niej nie podejść. Pomiędzy gałązkami roślin, które zasadzono w ten niecodzienny sposób, zobaczyła kapiącą wodę. To ona szemrała cichutko i spływała w dół, a następnie niknęła w białych kamykach na podłodze.

Zuzka była pod wrażeniem, bo nigdy czegoś tak pięknego nie widziała. I ta wielkość pomieszczenia! Zajmowało więcej powierzchni, niż mieszkanie jej rodziców.

Myśl o nich spowodowała, że opadły jej ramiona, a zaciekawienie zniknęło pod naporem smutku i rozgoryczenia. I złości, bo była na nich zła o to, że nie odnaleźli jej i podejrzewała, że nawet nie próbowali szukać.

Postanowiła zmienić kierunek myśli. Na siłę, byle nie martwić się bardziej, niż to potrzebne. I tak miała masę powodów do zmartwień, jak choćby to, po co znalazła się w tak pięknym miejscu i co ją czeka.

Westchnęła ciężko, po czym wróciła do poznawania pomieszczeń, które teraz stały się jej domem.

Na jak długo? Tego nie wiedziała i tylko miała nadzieję, że nie czeka jej los gorszy, niż ten na farmie.

 

Pani dyrektor

Olaf przystanął na skrzyżowaniu dróg spacerowych niewielkiego placu zabaw dla dzieci. Latarnia oświetlała go z góry, więc pochylił się, symulując oglądanie butów, lub szukania czegoś na ziemi. Starał się przy tym rozglądać i robić to dyskretnie. Nie widział Piotra, ale zauważył auto, które zatrzymało się na obrzeżach placu zabaw.

Podszedł powolnym krokiem, czując kotłującą się w podbrzuszu mieszaninę niepewności i ekscytacji. Pochylił się do okna pasażera, nie wyjmując przy tym dłoni z kieszeni. Odruch zacisnął je w pięści, jakby przygotowując ciało do walki, co mimochodem zarejestrował.

Szczęknęło coś w drzwiach, lekko się uchyliły, gdy siedzący za kierownicą Piotr pochylił się, by je otworzyć.

– Wsiadaj – sapnął, prostując się, gdy górne oświetlenie rozjaśniło mdłym blaskiem wnętrze auta.

Olaf skrzywił się, czując kwaśny odór wypełniający zamkniętą przestrzeń.

– Spróbuj uchylić okno – powiedział Piotr, jakby czytając w myślach Olafa. – To od strony kierowcy nie działa.

Olaf wdusił przycisk i z ulgą zarejestrował obniżającą się szybę. Mechanizm otwierający ją jęknął, gdy obniżyła się do połowy, po czym zamilkł, a okna zamarło w połowie otwarte.

– Nie będziemy nawet odwozić tego gruchota – mruknął Piotr, czując mdłości, gdy smród niewietrzonego niewielkiego pomieszczenia zaatakował zmysł powonienia w momencie, gdy uruchomił nawiew. – Wytrzymasz, czy szukać czegoś innego? – zwrócił się do brata.

Ten spojrzał na niego ze smutnym uśmiechem.

– Jeśli o mnie chodzi, to jestem przyzwyczajony do smrodu – odparł tajemniczo, ale nie rozwinął odpowiedzi.

– Ok – mruknął krótko Piotr, dodając gazu i ponownie bezskutecznie wduszając przycisk otwierania okna po stronie kierowcy.

Był ciekaw, co miał na myśli Olaf. Czuł jednak, że to nie moment na pytania o przeszłość. I nie okoliczności, bo przecież zmierzali na spotkanie z nią.

Jechali w ciszy, wsłuchani w miarową pracę wiekowego auta i we własne myśli. Żaden nie podjął rozmowy, choć Olafa skręcało z ciekawości i zastanawiał się, co obmyślił Piotr.

***

Marianna Starzewska stała przed lustrem w łazience i powolnymi ruchami zmywała makijaż. Nasączyła trzeci już bawełniany płatek kosmetyczny i przecierała nim twarz do momentu, aż nie znajdowało się na nim ani jedno białe miejsce.

Każdorazowo przy tej czynności dopadały ją myśli o przemijaniu i zdawała sobie sprawę, że ma to ogromny związek z tym, jaką wykonuje pracę.

Opieka nad starymi, porzuconymi przez rodziny ludźmi nie była szczytem jej marzeń. Wolała dojrzewającą młodzież i prowadzenie domu dziecka, ale do tego zajęcia nie było już niestety powrotu. Wszystko przez nieuwagę i nadużycia, których nie udało jej się zatuszować. Próbowała, ale centrala uznała, że zbyt wiele razy przekroczyła swoje kompetencje i zesłała ją do prowadzenia miejsca pozbawionego pokus, jakie spotykała na co dzień w domu dziecka.

Lubiła młodych chłopców z kilku powodów. Po pierwsze byli uroczy i świeży i to tę świeżość czerpała z nich, matkując im przy okazji. Uważała siebie za kogoś czyniącego dobro w wyjątkowy sposób. A że miała z tego profity i przyjemność, podnosiło to jej zaangażowanie i czyniło to zajęcie pracą marzeń.

Lata temu straciła dostęp do świeżej krwi i młodych ciał, a tym samym została odłączona od źródła młodości, z którego dotąd czerpała siły życiowe. Widziała to wyraźnie, gdy co wieczór zmywała make-up, a spod podkładu wyłaniały się nowe zmarszczki i cienie na skórze.

Westchnęła, sięgając po drogi krem na noc, który następnie powolnymi, zapamiętanymi przez dłonie ruchami, zaczęła wmasowywać w policzki i czoło. Miała nadzieję, że ten masaż choć trochę powstrzyma proces opadania mięśni i skóry. Wiedziała, że gdy przyjdzie czas, odda się w sprawne ręce chirurgów plastycznych i zafunduje sobie coś więcej, niż zabiegi mezoterapii, masaże i mniej inwazyjne sposoby na zatrzymanie naturalnych procesów starzenia.

Czuła wstręt na myśl o tym, że jak jej obecni podopieczni, będzie pomarszczona, zgarbiona i nieelastyczna. Zbrzydnie i zobaczy to w oczach mężczyzn, z którymi umawia się przez portale randkowe. Nadal wybierała tylko dużo młodszych, ale to nie było to samo, czego doświadczała kiedyś.

Westchnęła, zakręcając słoiczek z kremem i odstawiła go na szklaną półkę przy lustrze. Czuła, że znów próbują ją dosięgnąć czarne myśli o życiu, jakie stało się jej udziałem. Sięgnęła więc po stojący na marmurowym blacie obok kieliszek z ulubionym winem i pociągnęła niewielki łyk trunku. Zatrzymała płyn w ustach, pozwalając rozlać się smakom na języku. Przymknęła oczy i skupiła się tylko na tym doznaniu, by powstrzymać wizję samotności, która coraz częściej ją nawiedzała, próbując ściągnąć w mentalny dołek. Nie da się im i zastosuje sprawdzoną metodę, jaką jest samotna zabawa ciałem, czyli coś, co ostatnimi czasy robiła co wieczór. Zęby umyje później, gdy po samotnym orgazmie dopije ostatni łyk wina, by następnie iść spać z nadzieją, że tym razem nie zaatakują ją niechciane sny i powracające obrazy przeszłości.

Zgasiła światło nad lustrem i z kieliszkiem w ręku, odwróciła się ku drzwiom prowadzącym do sypialni.

***

– Nie muszę ci mówić, że nie będziemy działali na legalu – Po długiej chwili ciszy, Piotr przerwał milczenie, gdy wjechali już na osiedle domków jednorodzinnych w Chorzowie.

– Domyśliłem się – mruknął w odpowiedzi Olaf.

– Chcę porwać dyrektorkę naszego domu dziecka i wycisnąć od niej odpowiedzi w warunkach i w taki sposób, by nie miała szans na ściemnianie – kontynuował, zerkając w międzyczasie na wskazania GPS w telefonie opartym na desce rozdzielczej.

Dał bratu czas na przyswojenie informacji, a chwilę później zaparkował auto w szeregu innych, stojących przy krawężniku chodnika, prowadzącego wzdłuż ciągu domów jednorodzinnych.

Piotr uchwycił myśl o tym, że chciałby mieszkać w takim właśnie miejscu z Martą i to spostrzeżenie go zaskoczyło. Lubił swoje mieszkanie, ale poczuł, że dom byłby lepszy i tylko nie rozumiał źródła tej myśli. Zganił siebie w myślach, bo nie czas był na to i nie okoliczności.

– Załóż to – podał Olafowi woreczek z czarnymi, lateksowymi rękawiczkami. – I naciągnij kaptur na głowę – dodał, wykonując dokładnie te same czynności, po czym zarzucił plecak na ramię.

W myślach układał plan kolejnych czynności, które wykona, gdy dotrą do domu dyrektorki.

Jak kiedyś, przed poznaniem Marty – pomyślał, starając się zdusić dreszcz ekscytacji, który tak dobrze znał z poprzedniego życia.

Towarzyszył mu każdorazowo przy wykonywaniu zlecenia. Odruchowo porównał to z tym, co obecnie było jego emocjonalną mapą. Nie było porównania, bo uczucia jakich doświadczał przy Marcie, przebiły wszystko, co poznał wcześniej. Niestety musiał do tego wrócić i starał się stłumić wyrzuty sumienia. Nie mógł jej powiedzieć o planach. Jeszcze nie teraz. Nie był gotowy na spojrzenie dziewczyny i to, co zobaczyłby w jej oczach. Bał się tego.

Szli powolnym krokiem ramię w ramię i naszła go myśl, że powinno się tak dziać dużo wcześniej, ale przecież był pewien, że Olaf nie żyje. Ponownie uderzyło w niego skumulowane uczucie złości na kobietę, która zmieniła ich losy, rozszczepiając drogi braci, oddzielając ich od siebie. Powstrzymał te myśli, czując, że przyspiesza odruchowo kroku, a nie chciał dać się zalać emocjom. Nie teraz, bo miał zadanie do wykonania. Jak kiedyś, za dawnych czasów, w poprzednim życiu, tym gorszym i pustym, bo bez Marty.

Olaf w milczeniu przyglądał się czynnościom, które wykonuje Piotr od momentu, gdy przeskoczyli jedno z ogrodzeń i znaleźli się na posesji, która była celem wędrówki. Widział, że brat szuka wzrokiem czegoś.

– Kamery – mruknął Piotr, jakby czytając mu w myślach. – Nie ma kamer. To dobrze.

Chwilę później wyciągnął z plecaka tablet, załączył go i zaczął szybkimi ruchami palców uderzać w ekran.

– Odłączyłem jej WiFi i zagłuszam sygnał telefonu – mówił dalej, by po chwili wyłączyć zasilanie i schować urządzenie do plecaka. – Obejdziemy dom. Ty w prawo, ja w lewo. Zaglądaj ostrożnie przez okna, czy nie widać kogoś poza nią.

– Ok – odparł cicho Olaf i ruszył na rekonesans.

Szedł wzdłuż elewacji, zatrzymując się przy każdym z ciemnych okien i zerkając w nie ostrożnie. Widział tylko ciemność i nic poza tym. Minął róg budynku i omal nie przewrócił się, gdy stopa trafiła w uskok. Sklął własną nieostrożność i mocniej wytężył wzrok, stąpając ostrożniej i patrząc pod nogi.

Przystanął i rozejrzał się wokoło. Ukłuła go zazdrość, gdy oceniał bogactwo, jakim epatowało otoczenie. Ogród z podświetlonymi roślinami, szemrząca gdzieś opodal woda i baldachim zawieszony nad leżakami stojącymi przy oświetlonym od dołu basenie, świadczyły o wysokim statusie kobiety. Miała pieniądze i Olaf czuł, a właściwie wiedział, że zarobiła je na takich przypadkach, jakim był on i Piotr. Na nieszczęściu dzieciaków z biednych, dysfunkcyjnych domów.

Ruszył dalej, starając się nie podsycać w sobie złości, ale mimo wysiłku wrzała w nim, a w uszach dudniła krew. Wiedział, że teraz te uczucia nie są dobre, bo osłabiają koncentrację na celu. Mieli cel i było nim wyciągnięcie informacji z kobiety.

Znów zamajaczył mu obraz Zuzki, która trafiła w sieć, w której pająkiem był on i omotał ją w sprawdzony i wypróbowany po wielokroć sposób. Później wrzucił w machinę, z której w końcu uciekł. Zrobił to pod wpływem uczuć, które obudziła w nim Zuzka. Uciekł od czucia tego, co tak bardzo przypominało to, co często czuł przez matkę – kobietę, której nienawidził. Nie rozumiał związku, ale nie chciał o tym myśleć. Nie teraz i nie do momentu, gdy znajdzie przestrzeń na odrobinę spokoju. Czuł, że to nie nastąpi szybko.

– Olaf – dobiegł go cichy ponaglający szept. To Piotr przywoływał go, stojąc kilka metrów dalej. – Zobaczyłeś coś w którymś z okien?

– Nic, tylko pogaszone światła – odparł cicho i czekał na instrukcje.

– No to mamy ułatwione zadanie – Piotr pociągnął go za rękaw bluzy, nakazując, by za nim poszedł.

Zupełnie, jak w dzieciństwie – aż się uśmiechnął do siebie pod nosem, gdy napłynęło wspomnienie z dzieciństwa.

Dokładnie w ten sposób młodszy brat nakłaniał go do pójścia za sobą. Ciągnąc za rękaw, jak teraz i tylko okoliczności były wtedy niewinne.

Piotr przyłożył palec do ust, nakazując ciszę. Szli ostrożnie, jeden za drugim w kierunku jasnej plamy światła, wylewającej się z pobliskiego okna. Było otwarte, a widok osłaniała jedynie cienka firana. To była sypialnia z ogromnym łóżkiem w centralnej części.

Piotr podciągnął się na ramionach, dłonie wspierając na parapecie. Przerzucił nogę, stopę drugiej opierając na parapecie i prawie bezgłośnie wskoczył do pokoju. Olaf powtórzył tę czynność i już po chwili mrużył oczy, starając się przyzwyczaić je do blasku lamp. Ze ściągniętymi brwiami przyglądał się, jak brat wyciąga z plecaka niewielkie etui, z niego strzykawkę i podchodzi do lekko uchylonych drzwi w głębi pokoju.

Olaf nie bardzo wiedział, co robić, czy asekurować w jakikolwiek sposób Piotra, więc po prostu poszedł za nim. Piotr gestem dłoni pokazał, by stanął po drugiej stronie drzwi. Stali, czekając, aż kobieta opuści łazienkę, bo zapewne było nią sąsiednie pomieszczenie, a przynajmniej takie zapachy Olaf rozpoznał. Wyczuł woń kosmetyków, zawieszoną w wilgoci po prysznicu, może kąpieli w wannie.

Drzwi uchyliły się, obaj mężczyźni spięli się, w oczekiwaniu. Olaf nie zdążył wykonać ruchu, a jedynie obserwował, jak brat jednym zwinnym ruchem obejmuje kobietę, odwraca ją tyłem do siebie i wbija igłę strzykawki w jej szyję.

Kobieta krzyknęła cicho i była to jedyna jej reakcja. Kieliszek z jej dłoni wysunął się i poszybował w dół, roztrzaskując się na drewnie podłogi.